Strona www.kresy.pl wykorzystuje pliki cookies (po polsku ciasteczka)

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystanie przez nas plików cookies w celu zapewnienia Ci wygody podczas przeglądania naszego serwisu. Dowiedz sie więcej na temat cookies oraz w jaki sposób z nich korzystamy. Polityka cookie.

Rosyjska rodzina przez 40 lat żyła w tajdze odcięta od świata

Dodane przez wachmistrz_Soroka
Opublikowano: Wtorek, 19 marca 2013 o godz. 19:07:06

 

Badając dzikie tereny Syberii w 1978 roku, sowieccy geologowie natknęli się na sześcioosobową rodzinę żyjącą w samym środku tajgi.


Czy podoba Ci się ten materiał?

Opodatkuj się!
W miesiącu listopad otrzymaliśmy od Was 3 311,00 zł, potrzebujemy zaś na dalsze funkcjonowanie 20 000,00 zł.
Zebraliśmy więc tylko 16,56% wymaganych pieniędzy na nasze dalsze funkcjonowanie.

Syberyjska tajga w rejonie Abakanu. Sześcioro członków rodziny Łykowów przez ponad 40 lat żyło w tej odległej dziczy - w zupełnej izolacji i odległości ponad 240 km od najbliższej ludzkiej siedziby.

Syberyjskie lata nie trwają długo. Śnieg zalega do maja, a zimowa pogoda wraca już we wrześniu, zamieniając tajgę w zamarznięty, nieruchomy obszar, przerażający w swym osamotnieniu. Bezkresne kilometry rzadkich, brzozowych i sosnowych lasów, z rozproszonymi po nich śpiącymi niedźwiedziami oraz głodnymi wilkami. Góry o stromych zboczach; rzeki o białych wodach, spływających strumieniami do dolin; setki tysięcy lodowatych bagien. Ten las to ostatnia i najwspanialsza dzicz na świecie. Rozciąga się od najdalszego czubka arktycznych regionów Rosji, w kierunku południowym aż po Mongolię, a od wschodu od Uralu aż do Pacyfiku – trzynaście milionów kilometrów kwadratowych pustki, o zaludnieniu równemu jedynie kilku tysiącom ludzi, nie licząc mieszkańców garstki miasteczek.

Kiedy już nadchodzą ciepłe dni, tajga zakwita i przez kilka krótkich miesięcy może się nawet wydawać przyjemna. To właśnie wtedy człowiek może najwyraźniej ujrzeć ten ukryty świat – nie z lądu, bo tajga potrafi połknąć całe armie badaczy, ale z nieba. Syberia jest źródłem większości rosyjskiej ropy i zasobów mineralnych, więc przez lata nawet jej najbardziej odległe części zostały zbadane z powietrza przez poszukiwaczy ropy i geodetów, wracających do swoich obozów w puszczy, gdzie nie ustają prace nad wydobyciem bogactwa.

To był właśnie odległy, południowy fragment lasu, w lecie 1978 roku. Helikopter, wysłany na poszukiwanie bezpiecznego miejsca do wysadzenia grupy geologów, przeczesywał gąszcz około 160 km od granicy mongolskiej i nagle wleciał do gęsto zarośniętej doliny nienazwanego dopływu Abakanu, wodnej wstęgi, rwącej wściekle przez niebezpieczny teren. Zbocza doliny były wąskie, miejscami prawie pionowe, a patykowate sosny i brzozy, falujące w podmuchach wiatru ze śmigła, rosły tak gęsto, że nie było żadnej szansy na znalezienie miejsca do lądowania. Jednak pilot, wpatrujący się bacznie w przednią szybę w poszukiwaniu lądowiska, zauważył coś, czego nie powinno tam być. Była to polana, położona na zboczu na wysokości prawie 2 km, wciśnięta między sosny i modrzewie i pokryta czymś, co wyglądało jak długie, ciemne bruzdy. Zdumiona załoga helikoptera wykonała kilka przelotów, zanim niechętnie uznała, że ma przed sobą dowód na zamieszkiwanie terenu przez ludzi – ogród, który musiał tam być od długiego czasu, sądząc po jego wielkości i kształcie.

To było zdumiewające odkrycie. Góra była położona ponad 240 km od najbliższej ludzkiej osady, w miejscu, które nigdy nie zostało zbadane. Władze sowieckie nie miały żadnych zapisów świadczących o tym, iż ktokolwiek zamieszkuje ten rejon.

Czterej naukowcy, wysłani w ten rejon w poszukiwaniu rud żelaza, zostali poinformowani przez pilotów o znalezisku. To ich zmartwiło i wprawiło w zakłopotanie. Spotkanie z dzikim zwierzęciem jest mniej niebezpieczne, niż spotkanie z obcym, zauważa pisarz Wasilij Pieskow, mówiąc o tej części tajgi. Naukowcy, zamiast czekać w swojej własnej bazie tymczasowej, postanowili zbadać sprawę. Wybraliśmy odpowiedni dzień i zapakowaliśmy do toreb prezenty dla potencjalnych przyjaciół - mówi przewodząca im geolog Galina Pismenskaja. Wspomina, że mimo wszystko dla pewności sprawdziła, czy jej pistolet jest naładowany.

W miarę, jak intruzi wspinali się na górę, kierując się do miejsca dokładnie określonego przez pilotów, natykali się na znaki ludzkiej działalności: niebezpieczną ścieżkę, laskę, kłodę przełożoną przez strumyk i wreszcie małą szopę wypełnioną brzozowymi skrzynkami, pełnymi pociętych, suszonych ziemniaków. Jak mówi Pismenskaja:

za strumykiem stał dom. Chata, sczerniała pod wpływem czasu i deszczu, była ze wszystkich stron otoczona śmieciami tajgi – korą, kijkami, deskami. Gdyby nie okienko wielkości tylnej kieszeni spodni, nie uwierzyłabym, że mogą tam mieszkać ludzie. Ale bez wątpienia mieszkali… Zauważyliśmy, nasza obecność została dostrzeżona.

Niskie drzwi zaskrzypiały i w świetle dnia pojawiła się postać starca, zupełnie jak z bajki. Był boso. Miał na sobie wielokrotnie połataną koszulę z płótna workowego oraz spodnie, równie połatane i z tego samego materiału, a na twarzy zmierzwioną brodę. Jego włosy były rozczochrane. Wyglądał na przestraszonego, ale był bardzo uważny… Musieliśmy coś powiedzieć, więc zaczęłam: „Witaj, dziadku! Przyszliśmy z wizytą!”

Starzec nie odpowiedział od razu… W końcu usłyszeliśmy miękki, niepewny głos: „Cóż, skoro dotarliście tak daleko, równie dobrze możecie wejść.”

Widok, który powitał geologów, gdy weszli do chaty, przywodził na myśl średniowiecze. Zbudowana tandetnie, z materiałów, które były pod ręką, była niewiele lepsza od zwykłej nory – niska, osmalona, drewniana buda, zimna jak piwnica, z podłogą zrobioną z obierków po ziemniakach i skorupek orzeszków piniowych. Rozglądając się dookoła w przyćmionym świetle, goście zauważyli, że składała się z tylko jednej izby. Była ciasna, zatęchła i nieopisanie brudna, podparta na uginających się belkach i, co najbardziej zaskakujące, stanowiła dom dla pięcioosobowej rodziny.

Nagle ciszę przerwały szlochy i lamenty. Dopiero wtedy dostrzegliśmy sylwetki dwóch kobiet. Jedna popadła w histerię, modliła się: „To za nasze grzechy, za nasze grzechy". Druga, trzymająca się z tyłu… powoli opadła na ziemię. Światło z małego okienka padło na jej szeroko otwarte, wystraszone oczy i w tej chwili zrozumieliśmy, że musimy stamtąd wyjść najszybciej, jak to możliwe.

Pod wodzą Pismenskajej naukowcy pospiesznie wycofali się z chaty do miejsca oddalonego o kilka metrów, gdzie wyjęli prowiant i rozpoczęli posiłek. Około pół godziny później drzwi chaty otworzyły się z trzaskiem i ze środka wyszedł starzec z dwoma córkami – już uspokojonymi, choć wciąż wyraźnie przestraszonymi, szczerze zaciekawionymi. Trzy postacie ostrożnie podeszły i usiadły wraz ze swoimi gośćmi, odmawiając wszystkiego, co im zaproponowano – dżemu, herbaty, chleba – mrucząc, że nie wolno nam! Kiedy Pismenskaja zapytała: Jedliście kiedykolwiek chleb?, starzec odpowiedział: Ja tak, one nie. Nigdy go nie widziały. Przynajmniej dało się go zrozumieć. Jago córki mówiły językiem naznaczonym trwającą od urodzenia izolacją. Kiedy siostry rozmawiały ze sobą, brzmiało to jak powolne, rozmyte gaworzenie.

Powoli, po wielu wizytach, cała historia rodziny została ujawniona. Starzec nazywał się Karp Łykow i był staroobrzędowcem – członkiem rosyjskiej fundamentalistycznej ortodoksyjnej sekty, działającej od XVII wieku w niezmienionej formie. Staroobrzędowcy byli prześladowani od czasów Piotra Wielkiego, ale Łykow mówi o tym, jakby to było wczoraj. Dla niego Piotr był osobistym wrogiem, antychrystem w ludzkiej formie, co, jak twierdzi, dosadnie potwierdza kampania cara, mająca na celu unowocześnienie Rosji poprzez przymusowe obcinanie bród chrześcijanom. Jednak, ta wielowiekowa nienawiść łączy się z bardziej aktualnym żalem. Karp za jednym zamachem chętnie narzekał na kupca, który około roku 1900 odmówił przyjęcia od staroobrzędowców prezentu – ok. 430 kg ziemniaków.

Sprawy rodziny Łykowów tylko się pogorszyły, kiedy władzę przejęli ateistyczni bolszewicy. Pod Sowietami odizolowane społeczności staroobrzędowców, które zbiegły na Syberię, aby uniknąć prześladowań, coraz bardziej odsuwały się od cywilizacji. W latach 30., podczas czystek, kiedy samo chrześcijaństwo było celem ataków, na obrzeżach wioski patrol komunistyczny zastrzelił brata Łykowa, podczas gdy mężczyźni ramię w ramię pracowali. Odpowiedzią Łykowa na to wydarzenie było wykupienie rodziny i ucieczka do lasu.

To wszystko wydarzyło się w 1936 roku, kiedy było ich tylko czworo – Karp, jego żona Akulina, dziewięcioletni syn, Sawin i Natalia, zaledwie dwuletnia córka. Zabrawszy jedynie swoją własność i trochę nasion, wycofali się w głąb tajgi, budując kolejne prymitywne domy, zanim znaleźli się w tym odludnym miejscu. Jeszcze dwoje dzieci urodziło się w dziczy – Dmitrij w 1940 roku i Agafia w 1943 i żadne z nich nie widziało w życiu człowieka, który nie byłby członkiem ich rodziny. Wszystkiego, co Agafia i Dmitrij wiedzieli o świecie zewnętrznym, nauczyli się z opowieści swoich rodziców. Główną rozrywką rodziny, jak zapisał Wasilij Pieskow, było opowiadanie o swoich marzeniach.

Dzieci Łykowów wiedziały, że istnieją miejsca zwane miastami, gdzie ludzie żyją stłoczeni razem wysokich budynkach. Słyszały, że istnieją inne państwa niż Rosja. Ale ta wiedza była dla nich abstrakcją. Ich jedyną lekturę stanowiły modlitewniki i wiekowa, rodzinna Biblia. Akulina uczyła dzieci czytania przy użyciu ewangelii oraz pisania za pomocą zaostrzonego patyka brzozowego maczanego w soku wiciokrzewu, zamiast pióra i tuszu. Kiedy pokazano Agafii obrazek konia, rozpoznała go z matczynych opowieści biblijnych. Patrz tato!, krzyczała, wierzchowiec!

Izolacja rodziny nie była dla niej aż tak dotkliwa, ale absolutna surowość ich życia już tak. Piesza wyprawa do farmy Łykowów była zaskakująco mozolna, nawet przy użyciu łodzi na Abakanie. Podczas swojej pierwszej wizyty u rodziny, Pieskow, który sam siebie wyznaczył na kronikarza rodziny, zauważył, że przebrnęliśmy 250 km, nie widząc ani jednego ludzkiego domostwa!

Odosobnienie uczyniło przetrwanie w dziczy prawie niemożliwym. Polegając jedynie na własnych zasobach, rodzina Łykowów borykała się z próbą zastąpienia tych kilku rzeczy, które zabrali ze sobą do tajgi. Zamiast butów, wykonali kalosze z kory brzozowej. Ubrania były wielokrotnie łatane, aż do momentu, kiedy się rozpadały. Potem były zastępowane płótnem z juty, hodowanej z nasion.

Rodzina Łykowów zabrała ze sobą do tajgi kołowrotek i, co najbardziej zadziwiające, części składowe krosna. Przenoszenie ich z miejsca na miejsce w miarę, jak posuwali się coraz głębiej w dzicz, musiało wymagać od nich wielu długich i mozolnych podróży, jednak nie mieli żadnej innej technologii, która mogłaby zastąpić metal. Kilka garnków służyło im przez wiele lat, ale kiedy w końcu zardzewiały, mogli jedynie zastąpić je korą brzozową. Jako, że nie mogli używać jej na ogniu, gotowanie stało się dużo trudniejsze. Do czasu kiedy Łykowowie zostali odnalezieni, ich podstawową dietę stanowiły ziemniaczanie placki z dodatkiem mielonego żyta i ziaren juty.

Pieskow jasno daje do zrozumienia, że pod wieloma względami tajga obfitowała w bogactwa: Za domem płynął czysty, zimny strumień. Zagajniki modrzewiowe, świerkowe, sosnowe i brzozowe dawały wszystko, czego można tylko zapragnąć… Borówki i maliny były na wyciągnięcie ręki, drzewo na opał także, a orzeszki piniowe leżały wprost na dachu.

Jednak Łykowowie ciągle żyli na granicy głodu. Dopiero w latach 50., kiedy Dmitrij osiągnął dojrzałość, pierwszy raz zastawili pułapkę na zwierzynę, dla jej mięsa i skóry. Nie mając broni ani nawet łuków, mogli polować jedynie poprzez kopanie wilczych dołów lub ściganie zdobyczy po górach do momentu, aż zwierzęta padały z wyczerpania. Dmitrij wypracował sobie niezwykłą wytrzymałość. Potrafił polować boso w zimie, po kilku dniach i nocach spędzonych pod gołym niebem przy 40-stopniowym mrozie wracał do chaty z młodym łosiem w ramionach. Mimo, że zdarzało się to często, dieta rodziny stopniowo stawała się coraz bardziej monotonna. Dzikie zwierzęta zniszczyły ich uprawę marchwi, a Agafia wspomina późne lata 50., jako głodne lata. Jedliśmy liście jarzębiny, mówi, korzenie, trawę, grzyby, skórki ziemniaków i korę. Byliśmy głodni przez cały czas. Każdego roku debatowaliśmy, czy zjeść wszystko, czy część przeznaczyć na zasiew.

Głód był w tych okolicznościach wiecznym zagrożeniem, a na dodatek 1961 roku już w czerwcu zaczął padać śnieg. Silny mróz zabił wszystko, co rosło w ogrodzie i do wiosny, rodzina musiała się zadowolić jedzeniem własnych butów i kory. Akulina wolała, aby to jej dzieci miały pełne brzuchy. Tego roku umarła z głodu. Reszta rodziny uratowała się dzięki wydarzeniu, które uważają za cud: na grządce z groszkiem wypuściło pędy pojedyncze ziarno żyta. Łykowowie odgrodzili je i gorliwie strzegli go dniami i nocami przed myszami i wiewiórkami. W czasie zbiorów, samotny kłos wydał 18 ziaren i dzięki nim, rodzina skrupulatnie odbudowała uprawę żyta.

Kiedy sowieccy geologowie poznali rodzinę Łykowów, zdali sobie sprawę z tego, że nie docenili ich umiejętności i inteligencji. Każdy członek rodziny miał inną osobowość. Stary Karp był zwykle zachwycony najnowszymi innowacjami, jakie naukowcy przynosili ze swojego obozu i choć stanowczo odmawiał uwierzenia w to, że człowiek pojawił się na księżycu, szybko przyjął ideę satelitów. Łykowowie zauważyli je już w latach 50., kiedy gwiazdy zaczęły szybko przecinać niebo, a Karp wymyślił teorię, która to wyjaśniała: Ludzie wynaleźli coś i wysyłają ogniki bardzo podobne do gwiazd.

Tym, co najbardziej go zachwyciło, zanotował Pieskow, były przezroczyste opakowania z celofanu. Boże, co oni wymyślili – to szkło, ale daje się zgnieść! Karp trzymał się okrutnie swojego statusu głowy rodziny mimo, że miał już ponad 80 lat. Jego najstarsze dziecko, Sawin, radził sobie z tym obsadzając się w roli nieugiętego rodzinnego sędziego do spraw religii. Od urodzenia był bardzo wierzącą, ale surową osobą, mówił o nim jego własny ojciec. Karp wydawał się zmartwiony tym, co stanie się z jego rodziną po jego śmierci, jeśli Sawin przejmie kontrolę. Z pewnością, najstarszy syn nie spotka się z oporem ze strony Natalii, która zawsze starała się zastąpić matkę w roli kucharki, szwaczki i pielęgniarki.

Z drugiej strony, dwójka młodszych dzieci była bardziej otwarta na zmiany i innowacje. Fanatyzm nie dotknął Agafii w aż tak dużym stopniu, mówił Pieskow, a z czasem zdał sobie sprawę z tego, że najmłodsza z Łykowów jest ironiczna i potrafi śmiać się z samej siebie. Jej niezwykły sposób mówienia – Agafia miała melodyjny głos i przeciągała krótkie słowa w wyrazy wielozgłoskowe – przekonało wielu z jej gości o tym, że jest nierozgarnięta. W rzeczywistości, kobieta była bardzo inteligentna i radziła sobie z trudnym zadaniem, jakim w rodzinie nie używającej kalendarzy, było nadążanie za czasem. Ciężką pracę miała za nic, późną jesienią wykopywała własnymi rękami nową piwnicę i kontynuowała pracę po zachodzie słońca, w świetle księżyca. Zapytana przez zdziwionego Pieskowa, czy nie boi się przebywać sama po zmierzchu w dziczy, odpowiedziała: A cóż tu jest takiego, co miałoby mnie zranić?

Jednak, geologowie najbardziej z rodziny Łykowów lubili Dmitrija, wytrawnego leśnika, który znał wszystkie humory tajgi. Był najbardziej ciekawskim i najbardziej patrzącym w przyszłość członkiem rodziny. To on zbudował piec i zrobił wszystkie kosze z kory brzozowej, w których przechowywali jedzenie oraz spędzał dnie na ociosywaniu i szlifowaniu każdej belki, którą ścieli Łykowowie. Nikogo więc nie zdziwi, że to właśnie on był najbardziej oczarowany technologią naukowców. Kiedy już wzajemne relacje poprawiły się do tego stopnia, że rodzina zgodziła się odwiedzić sowiecki obóz w dole strumienia, Dmitrij spędził wiele szczęśliwych godzin w małym tartaku, podziwiając jak łatwo okrągła piła i tokarki mogą wykończyć drewno. Nie trudno to zrozumieć, pisał Pieskow. Kłoda, obrobienie której zajmowało Dmitrijowi dzień lub dwa, na jego oczach zamieniała się w piękne, równe deski. Dmitrij dotykał ich dłonią i mówił: „Wspaniałe!”

Karp Łykow długo walczył, aby utrzymać te wszystkie nowości na dystans i w końcu przegrał. Kiedy rodzina poznała geologów, przyjęła tylko jeden jedyny prezent – sól. (Życie bez niej przez 40 lat było prawdziwą torturą, jak mówił Karp.) Jednak z czasem, zaczęli brać coraz więcej. Z radością powitali pomoc jednego ze specjalnych przyjaciół spośród geologów – wiertacza imieniem Jerofiej Sedow, który spędził większość swojego wolnego czasu pomagając im w sianiu zbóż i żniwach. Przyjęli noże, widelce, klamki, ziarna i ostatecznie nawet pióro i papier oraz elektryczną latarkę. Większość z tych innowacji zostało jedynie niechętnie przyjętych do wiadomości, ale grzech telewizji, z którym zetknęli się w obozie geologów, okazał się dla nich nieodparty… Podczas rzadkich wizyt, niezmiennie siadali i oglądali. Karp siadał dokładnie naprzeciwko ekranu. Agafia oglądała, zaglądając zza drzwi. Próbowała od razu modlitwą przegonić swoje wykroczenie – szepcząc, żegnając się… Starzec modlił się później, starannie i za jednym razem.

Prawdopodobnie najsmutniejszym aspektem dziwnej historii Łykowów była gwałtowność, z jaką rodzina rozpadła się po odbudowaniu kontaktu ze światem zewnętrznym. Na jesieni 1981 roku troje z czwórki dzieci, jedno po drugim, połączyło się ze swoją zmarłą matką. Zgodnie z relacją Pieskowa, ich zgony nie były, jak mogłoby się wydawać, wynikiem ekspozycji na choroby, na które nie byli odporni. Sawin i Natalia cierpieli z powodu niewydolności nerek, najprawdopodobniej spowodowanej ich surową dietą. Ale Dmitrij zmarł na zapalenie płuc, które mogło zacząć się od zarażenia infekcją od nowych przyjaciół.

Jego śmierć wstrząsnęła geologami, którzy desperacko próbowali go ratować. Proponowali, że wezwą helikopter i ewakuują go do szpitala. Ale Dmitrij w chwili śmierci nie chciał opuścić ani rodziny, ani religii, którą praktykował całe życie. Nie wolno nam tego, wyszeptał tuż przed śmiercią. Człowiek żyje tyle, ile Bóg mu pozwoli.

Kiedy cała trójka została pochowana, geolodzy zaczęli namawiać Karpa i Agafię na opuszczenie lasu i powrót do życia z krewnymi, którzy przetrwali prześladowania z lat czystek i wciąż żyli w tych samych starych wioskach. Ale żadne z nich nie chciało o tym słyszeć. Odbudowali starą chatę, wciąż pozostając blisko miejsca, gdzie stał ich stary dom.

Karp Łykow zmarł we śnie 16 lutego 1988 roku, 27 lat po śmierci żony Akuliny. Agafia z pomocą geologów pochowała go na zboczu góry, a potem odwróciła się i wróciła do domu. Jeśli Pan pozwoli, ona zostanie, tak mawiała, i rzeczywiście została. Ćwierć wieku później, mając ponad 70 lat, to dziecko tajgi żyje samotnie, wysoko ponad Abakanem.

Ale nie odejdzie. Natomiast my musimy ją zostawić, widzianą oczami Jerofieja w dniu pogrzebu jej ojca:

Odwróciłem się, by pomachać Agafii. Stała nad rzeką niczym posąg. Nie płakała. Pokiwała głową:” Idźcie, idźcie.” Odeszliśmy na kilometr i znów się obejrzałem. Cały czas tam stała.

Mike Dash

Smithsonian.com

Tłumaczenie: Justyna Zając



  • Poleć
  • Nie lubię tego!
  • Zgłoś nadużycie
  • Skomentuj
poczekaj cierpliwie...
Baner 750px x 100px




Rejestracja

Do logowania
Użytkownik (*):
E-mail (*):
Hasło (*):
Ponownie (*):
 
O sobie
Rok urodzenia:
Miejsce zamieszkania:
Telefon:
O sobie:
Moje komunikatory
Gadu-Gadu:
GoogleTalk:
Skype:

Zaloguj się do serwisu


| Zapomniałem hasła

Witaj Gościu! Zarejestruj | Zaloguj