Strona www.kresy.pl wykorzystuje pliki cookies (po polsku ciasteczka)

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystanie przez nas plików cookies w celu zapewnienia Ci wygody podczas przeglądania naszego serwisu. Dowiedz sie więcej na temat cookies oraz w jaki sposób z nich korzystamy. Polityka cookie.

Wesprzyj portal:
Fot. Pinterest.com

Naród, który został szafą

Dodane przez Lipinski
Opublikowano: Środa, 15 marca 2017 o godz. 17:05:47

 

Polska z natury rzeczy nie może prowadzić dziś żadnej "polityki kresowej" - przekonuje Tomasz Gabiś. Każda polska polityka musi być z definicji "kresowa", o ile sformułowanie "polska polityka" ma zachować jakiś sens - odpowiada Tomasz Kwaśnicki.



Opodatkuj się!
W grudniu otrzymaliśmy od Was 3 272,00 zł. Serdecznie dziękujemy za wsparcie!.

Tomasz Gabiś, wybitny publicysta, legendarny redaktor „Stańczyka” oraz założyciel „Nowej Debaty”, sięgnął niedawno do zasobnych magazynów swej osławionej elokwencji, by mentorskim, miejscami mocno rozdrażnionym tonem karcić współczesną „młodzież” za jej mitomańskie oderwanie od rzeczywistości, niedojrzały „eskapizm” i oddawanie się „politycznej fantastyce”. Powodem zagniewania red. Gabisia stał się opublikowany niedawno program Ruchu Narodowego, a zwłaszcza zawarty w nim postulat prowadzenia „polityki kresowej”. Tymczasem już sama ta zbitka słowna budzi odrazę w słynnym publicyście, gdyż, jak przekonuje „z natury rzeczy nie można prowadzić żadnej polskiej polityki kresowej, liczy się natomiast tylko „tu i teraz” oraz „Polska między Odrą a Bugiem”. 

Czytając jego pełne irytacji narzekanie na „rozgorączkowaną wyobraźnię” niesfornej polskiej młodzieży, której uroiła się „mityczna Wielka Polska”, możemy jedynie nabrać podejrzeń, że afirmowana przez red. Gabisia (i od czasów PRL ściśle przestrzegana) banicja kwestii kresowej ze sfery polityki jest nie tyle objawem, co raczej przyczyną naszej obecnej politycznej indolencji — zarówno bezkształtności naszej narodowej wspólnoty, jak i "teoretyczności" naszego wątłego państwa. Jakkolwiek by nie było, Tomasz Gabiś postawił sobie za punkt honoru sprowadzenie nas na ziemię z „rajskiej dziedziny ułudy”. Kresy, przekonuje redaktor „Nowej Debaty”, to jedynie „element polskiej tradycji narodowej, składnik polskiej wyobraźni i świadomości historycznej, miejsce akcji polskich powieści, sceneria filmów „płaszcza i szpady” czy sag rodzinnych. Musimy pogodzić się z tym, że polskie dziedzictwo materialne na dawnych Kresach ocaleje tylko w pewnym i to raczej niewielkim, zakresie, gdyż uratować mogłyby je wyłącznie narody, które je przejęły. Niechaj pociechą będzie dla nas, że także poczucie nieodwołalnej utraty może stać się kulturotwórczym impulsem”. Dlatego też red. Gabiś nie nawołuje do całkowitego zapomnienia o Kresach, ale wzywa nas do kultywowania specyficznej o nich pamięci — mamy mianowicie wspominać je jako definitywnie i nieodwołalnie utracone, po to byśmy w końcu z wolną głową, nie rozpraszani przez wsteczne i reakcyjne sentymenty mogli skupić się na „realnej pracy dla istniejącej tu i teraz, między Odrą a Bugiem Polski”.

Ten uroczysty manifest politycznej poprawności, podlany ciężkim sosem gomułkowskiej frazeologii, nie powinien nas jednak dziwić. Istnieją procesy i zjawiska silniejsze od najbardziej nawet niezależnych autorów. Zrozumiałym jest, że amputacja połowy terytorium, utrata Wilna i Lwowa, ludobójstwo, wywózki i przesiedlenia musiały odcisnąć się zarówno na naszej zbiorowej świadomości, jak i podświadomości głęboką traumą, którą należało jakoś przepracować, a którą przepracowano w taki a nie w inny sposób z powodów, których nie ma sensu tu przypominać. Ostatecznie zresztą nie ma niczego nadzwyczajnego w fakcie, że naród, który tyle przeszedł z gorliwością wzywa dziś ustami swoich najprzedniejszych autorów do pogodnego zaakceptowania wyrządzonych sobie niesprawiedliwości, do przyjmowania wyroków losu z melancholijnym uśmiechem na twarzy, do ostatecznego poświęcenia zarówno kresowych rodaków jak i całego pozostawionego na wschodzie dziedzictwa już nawet nie na ołtarzu „wyższych celów”, jak „szerzenie demokratycznych i europejskich wartości” ale po prostu: dla świętego spokoju i zachowania duchowej równowagi.

Tego rodzaju enuncjacje nie powinny więc dziwić, tak jak nie powinny uchodzić za symptom duchowego zdrowia czy psychicznej siły naszej narodowej wspólnoty. Tym natomiast, co dziwić musi, jest oczekiwanie Tomasza Gabisia, że polityczną pamięć o Kresach, narodową solidarność i brak przyzwolenia dla zaborów — czyli „mit Wielkiej Polski” (jak sam ową pamięć nazywa) — poświęcimy w imię jakiegoś bliżej nieokreślonego, skleconego przypadkowo na poczekaniu „tu i teraz”, które wyłoniło się z tumanów światowego kataklizmu. Mimo iż bezpardonowa rozprawa Gabisa z „polityką kresową” odznacza się zarówno moralizatorskim patosem jak i mordernizatorskim żarem, nie sposób doszukać się w niej jakiejkolwiek racji legitymizującej ową odziedziczoną przez nas po PRL-u „Polskę nową”. Absolutyzowana przez Tomasza Gabisia „Polska między Odrą a Bugiem”  w żaden sposób nie chce przedstawić nam się jako imperatyw moralny. Nie wyjaśnia nam autor, jakież to ważne powody miałyby nas skłonić do podjęcia „realnej pracy”, zamiast jak najprędszego porzucenia „tego miejsca w środku Europy, gdzie tylko zimno i pada”. Redaktor „Nowej Debaty” ani słowem nie tłumaczy, dlaczego mielibyśmy dzisiaj „zakasywać rękawy”, niczym chłopcy i dziewczęta z ZMP, a nie dla przykładu, wzorem milionów naszych rodaków, kupić bilet w jedną stronę do jakiegoś lepiej urządzonego kraju, chociażby do podziwianych przez Gabisia Niemiec, które, jako żywo, mimo całej swojej „racjonalności”, „nowoczesności” i „pragmatyczności” nie potrafią zdobyć się na podobną do Gabisiowej wielkoduszność, i mimo licznych deklaracji o „przyjaźni” i „pojednaniu” niczego nie chcą definitywnie rozstrzygać w kwestii utraconych przez siebie terytoriów, a wręcz przeciwnie — prowadzą planową, konsekwentną i prawnie usankcjonowaną „politykę kresową”, pielęgnując pieczołowicie pamięć o Breslau i Stettin i to bynajmniej nie w duchu „nieodwołalnej utraty”. Zamiast tego Tomasz Gabiś uważa za rzecz najnaturalniejszą czysto utylitarne, inżynierskie wręcz, podejście zarówno do własnej wspólnoty narodowej, jak i do dziedzictwa kulturowego. W konsekwencji postuluje faktyczną rezygnację ze starań o zachowanie na Kresach polskiego stanu posiadania. Zdaniem red. Gabisia powinniśmy „pogodzić się z tym, że polskie dziedzictwo materialne na dawnych Kresach ocaleje tylko w pewnym i to raczej niewielkim, zakresie”, natomiast pozostali tam Polacy „są jedynie pozostałością po I i II RP, które przestały na zawsze istnieć i przeniosły się w sferę mitu”. W dłuższej perspektywie powinniśmy się więc skupić raczej na wygaszaniu polskości na Kresach niż na bezcelowym jej tam podtrzymywaniu. 

Redaktorowi „Nowej Debaty” niesłychanie łatwo przychodzi ozdabianie się zaszczytnym tytułem „politycznego realisty” — skoro wszystkich (poza sobą) uczestników sporu o polską politykę wschodnią wrzucił do worów z napisami „ukrainofilia” i „ukrainofobia”, jasnym jest, że „ukrainorealistą” może być już tylko on sam. Z dialektycznego punktu widzenia nie jestem w stanie nic zarzucić poprawności tego rozumowania — po tezie „ukrainofilii”, następuje antyteza „ukrainofobii”, w końcu głos zabiera red. Gabiś, wypowiadając syntezę „urkainorealizmu”. W tej sytuacji mogę jedynie starać się udowodnić, że pod słowem „ukrainorealizm” kryje się w istocie zanegowanie nie tylko mitu „Wielkiej Polski”, jak chciałby Tomasz Gabiś, ale w ogóle „Polski” jako politycznego fenomenu, albowiem postulowane przez red. Gabisia podejście rodzi jednak pewną nieusuwalną trudność: skoro nie mamy żadnych szczególnych powinności względem kresowych Polaków, skoro nie mamy żadnych istotnych zobowiązań względem minionych pokoleń i pozostawionego nam przez nie dziedzictwa (poza czysto sentymentalnym i niegroźnym zamiłowaniem do zbierania kresowych pocztówek), to jakaż większa obligacja wiąże nas ze sobą nawzajem „tu i teraz, między Odrą a Bugiem”? Skoro wolno mi się „wypiąć” na rodaka znad Niemna, szykanowanego nierzadko za swoją narodową przynależność, czemuż nie miałbym się „wypiąć” na rodaka znad Wieprza, którego z polską tożsamością łączy, być może, jedynie numer pesel (bywa i tak przecież)? Czemu i mnie nie miałby z nim łączyć wyłącznie podobny zestaw cyfr? Jest to aporia, której Tomasz Gabiś wydaje się nie zauważać, lub (być może) milcząco zakłada, że samo istnienie biurokratyczno-administracyjnej aparatury stanowi wystarczające źródło zarówno moralnej legitymacji państwa polskiego, jak i więzów wzajemnej lojalności pomiędzy jego obywatelami.

Bez względu na to, jakie jest zdanie Tomasza Gabisia w tej kwestii, musimy założyć, że jeśli w ramach narodowej wspólnoty łączą nas jeszcze ze sobą jakieś „obowiązki polskie”, to z definicji, obejmują one zarówno mieszkańców Szczebrzeszyna, jak i mieszkańców Ejszyszek. Podważanie tej oczywistości automatycznie odbiera jakikolwiek pozytywny sens sformułowaniu „polska wspólnota narodowa”, a w konsekwencji wszystkim jego synonimom, takim, jak „państwo polskie”, „wspólnota polityczna” czy „rzeczpospolita” (albowiem w nowoczesnym państwie narodowym wszystkie te zwroty odnoszą się do jednego i tego samego przedmiotu). Na tym też polega znaczenie i cel „polityki kresowej”, którą Gabiś tak ochoczo wyrzuca dziś do kubła z napisem „fantastyka polityczna”. Wbrew wysuwanym przez niego oskarżeniom, „polityka kresowa” nie jest zabawą szczeniaków rysujących mapy „Wielkiej Polski” w zeszytach do matematyki, celem jej nie jest rozpalanie imperialistycznych ambicji czy żądzy odwetu, a już najmniej „odwodzenie od realnej pracy itd…”, jest nim natomiast skromne uczynienie zadość elementarnym politycznym powinnościom, banalne, oszczędne i pod każdym względem umiarkowane nadanie choćby odrobiny sensu zwrotowi „my, Polacy”.

Redaktor „Nowej Debaty” przechodzi tymczasem nad tym wszystkim do porządku dziennego, pytając prześmiewczo, o to czy zwolennicy „polityki kresowej” zamierzają „wykorzystać mniejszości polskie jako instrument polityczny, np. jako pretekst do wysunięcia roszczeń terytorialnych czy interwencji w celu „ochrony mniejszości”? A może jako narzędzie osłabiania i rozbijania sąsiedniego państwa?  Jeśli tak, to wówczas „polityka kresowa” miałaby jakiś (geo)polityczny sens. Jeśli jednak takich politycznych celów nie ma, to z natury rzeczy nie można prowadzić żadnej polskiej polityki kresowej”. W zasadzie moglibyśmy wobec tej średnio oryginalnej prowokacji przejść obojętnie, jako że polityczne znaczenie polityki kresowej, a nawet jej nieodzowność, zostały już w sposób zadowalający wykazane. Jest jednak rzeczą niezwykle charakterystyczną, że polski intelektualista, i to nie byle jaki, stojąc wobec perspektywy konfliktu interesów Polski i krajów ULB, otwarcie i nieomal ze wstrętem odrzuca projekt lojalności względem najbardziej fundamentalnych, konstytutywnych wręcz dla każdego narodu wartości, uznając za rzecz oczywistą uprzejme opowiedzenie się po stronie wrażliwości narodów ościennych. A przypomnijmy, że nie chodzi tu o żaden najazd, zabór, interwencję, czy „rozbijanie i osłabianie”, jak nas bałamutnie przekonuje Tomasz Gabiś, ale o trywialne egzekwowanie praw naszej mniejszości i równie prozaiczną ochronę naszego dziedzictwa kulturowego. Nawet tak skromny program wywołuje w redaktorze „Nowej Debaty” uczucie wstrętu i trwogi, każące mu stukać się palcem w czoło i pokpiwać z ludzi podnoszących podobne hasła. Niech sam ten fakt świadczy o głębokości ran, które zadano naszej narodowej psychice. Trudno wyobrazić sobie, byśmy w tym stanie ducha mogli jeszcze kiedyś nabrać świadomości narodowego interesu, o poprawie międzynarodowej pozycji nie wspominając. 

Jeśli dziś nie jesteśmy w stanie uprawiać podmiotowej polityki, to nie tylko dlatego, że nie pozwala nam na to zewnętrzna koniunktura, jak słusznie konstatuje Tomasz Gabiś, ale przede wszystkim dlatego, że jako wspólnota polityczna mamy problem „z głową”. Jeśli nie potrafimy być względem siebie lojalni w tak podstawowych i banalnych kwestiach jak tożsamość narodowa, to nie widzę przyczyny, dla której mielibyśmy być lojalni względem jakiejkolwiek Polski, bez względu na to czy rozciągać się ona będzie między Odrą a Bugiem, czy, o zgrozo, między Łabą a Dnieprem. W takim położeniu, żadna, najszczęśliwsza nawet międzynarodowa koniunktura nie będzie w stanie z nas nigdy uczynić zwartej i silnej wspólnoty, gotowej do uczestnictwa w międzynarodowej grze interesów. 

Duch polski lubi przemierzać bezkresne przestworza prometejskiego empireum, aż, oślepiony światłem wiecznych idei, nie wyrżnie o twardą glebę pól elizejskich. Wówczas, obolały i skrajnie rozczarowany, w miejsce mesjańskich haseł o „międzymorzu” i walce „za wolność naszą i waszą”, zaczyna głosić odrzucenie już nie tylko wszelkiego politycznego idealizmu, ale w ogóle wszystkiego, czego w polityce nie sposób sprowadzić do ekonomii, statystyki, czy innego rodzaju liczby. Gdy taki nastrój ogarnie Polaka, zniechęcony wyrzeka się na zawsze Wilna i Lwowa, suwerenność wydaje mu się wówczas narodową megalomanią, a najmniejszy objaw patriotyzmu szowinizmem, w swej niechęci do wszystkiego, co polityczne zaczyna postrzegać naród jako nie wiadomo skąd wziętą, przypadkowo powstałą, wspólnotę doraźnego interesu. Dlatego też pod słowo „polityka” podstawia notorycznie znaczenie słów „ekonomia” lub „gospodarka”, w konsekwencji zaczyna głosić politykę „ciepłej wody w kranie”, której dokładnym analogonem w stosunkach międzynarodowych jest postulowana przez Tomasza Gabisia, „banalizacja” polskiej polityki wschodniej. W ten sposób nieszczęsna dusza polska miota się między naiwnym idealizmem i jeszcze bardziej naiwnym materializmem, prześlepiając nieustannie to, co w sposób oczywisty poprzedza, umożliwia i konstytuuje wszelką politykę — prostą lojalność względem własnej polis, a tą, jak sądzę, jest dziś wyłącznie wspólnota narodowa i nic ponadto. 

W swoim słynnym eseju Carl Schmitt zaproponował genialną w swej prostocie definicję terminu „polityczność”, którą oparł na „specyficznym” dla tej sfery, „podstawowym rozróżnieniu”. Rozróżnieniem tym, „do którego sprowadzić można wszystkie polityczne działania i motywy” jest rozróżnienie na wroga i przyjaciela. Dychotomia wróg — przyjaciel, lub swój — obcy, jak gdzie indziej pisze Schmitt, jest węzłową dychotomią dla sfery polityki, jej warunkiem sine qua non — dokładnie w taki sam sposób, w jaki „w obszarze moralności najbardziej podstawowym rozróżnieniem jest podział na dobro i zło, w estetyce na piękno i brzydotę, w ekonomii na zysk i stratę, lub na to, co opłacalne i nieopłacalne”. Co za tym idzie, stopień w jakim członkowie określonej wspólnoty są w stanie rozpoznawać granicę pomiędzy „swoim” a „obcym”, pomiędzy uczestnikami własnej wspólnoty i tymi, którzy do niej nie należą, decyduje o „stopniu intensywności związku lub oddzielenia, stowarzyszenia [Assoziation], lub rozproszenia [Dissoziation]”. Jeśli przyznamy w tym punkcie rację Schmittowi (a piszący te słowa ją przyznaje), to traktowanie kresowych Polaków wyłącznie jako „pozostałości po I i II RP”, oznaczać będzie uderzenie w samo jądro polskiej wspólnoty politycznej — jej proste ubezsensownienie. Arbitralnie zwalniając się z lojalności względem Kresowian, tych żyjących i tych spoczywających w kresowych mogiłach, w rzeczywistości unicestwiamy „polityczność” naszej narodowej wspólnoty. W sensie politycznym nie ma więcej żadnych „nas” — nie ma najmniejszego powodu byśmy poczuwali się jeszcze do wzajemnej lojalności jako „my Polacy”. Nic już nas dłużej do tego nie obliguje, gdyż tradycyjna, polityczna granica naszej narodowej wspólnoty została przez nas w sposób całkowicie samowolny usunięta: Polak z Wilna, Dyneburga, Grodna czy Lwowa przestał być „swój”, przestał być kimś, komu jestem winien polityczną lojalność, stał się w najlepszym wypadku „etnicznym Polakiem”, a najczęściej po prostu „Litwinem/Łotyszem/Białorusinem/Ukraińcem polskiego pochodzenia”. Stanisław Lem powiedział kiedyś o sobie: „jestem lwowianinem i lwowianinem do śmierci pozostanę. Nic się tutaj nie zmieni, ludzie i narody to nie szafa, którą się przesuwa z kąta w kąt”. Otóż jeśli kiedyś naprawdę  ostatecznie i nieodwołalnie uznamy, że Kresy to jedynie „miejsce akcji polskich powieści, sceneria filmów „płaszcza i szpady” czy sag rodzinnych”, wówczas będziemy mieli do wyboru jedno z dwojga, albo stwierdzić, że staliśmy się jednak szafą, albo przyznać przed sobą na wzajem, że nie jesteśmy już dłużej narodem. Tym samym ciężar bycia Polakiem (a jest to niewątpliwie ciężar — gdyż „taką przebodli nas ojczyzną”) zostanie z nas w końcu zdjęty, dzięki czemu będziemy mogli wreszcie porzucić troskę o ten nieszczęśliwy kraj i zacząć się „realizować” — najlepiej w jakimś bardziej sprzyjającym środowisku niż nasza pożałowania godna, moralnie pokręcona, dlatego też politycznie zdezintegrowana i nieudolnie administrowana, narodowa wspólnota.  

Okazuje się tu w końcu w pełnym świetle to, o czym wspomniano na samym początku niniejszego tekstu, a mianowicie, że banicja kwestii kresowej ze sfery polityki nie jest objawem lecz przyczyną indolencji państwa polskiego — państwo bowiem, jak pisze Schmitt „jest szczególnym stanem narodu”. Otóż w przypadku narodu polskiego można się już wyłącznie spierać, czy znajduje się on jeszcze w stanie ciekłym czy może jednak już w lotnym. Pewnym jest tu jedynie to, że mamy do czynienia z czymś beznadziejnie amorficznym, nie posiadającym żadnych wyraźnych konturów. Bez wątpienia bliżej nam dziś do budzącego politowanie Dissoziation niż do będącego solidnym oparciem i schronieniem Asoziation

W tym kontekście drapowanie się w zgrzebną togę towarzysza Wiesława i nawoływanie do „realnej pracy dla istniejącej tu i teraz między Odrą a Bugiem Polski” przedstawia nam się zupełnie jak słynne polinezyjskie „tabu” — rodzaj arbitralnego orzeczenia moralnego, którego uzasadnienia nie potrafią podać ani posługujące się nim prymitywne społeczności, ani badający je antropologowie. Jak słusznie zauważa Alisdair MacIntyre w swoim „Dziedzictwie cnoty”, niemal każda spotykana współcześnie, nakładana na nas przez nowoczesną cywilizację, abstrakcyjna powinność ma dokładnie ten sam charakter, co owa polinezyjska „instytucja” — będziesz służyć ojczyźnie ludowej „bo tak”, bo odmowa służby ojczyźnie jest „tabu” — do tego w ostateczności sprowadza się logika niemal wszystkich systemów etycznych powstałych od oświecenia. W przeciwieństwie do tego, jak przekonuje szkocki filozof (powołując się na klasyczną tradycję), rzeczywiste powinności wynikają bezpośrednio z uczestnictwa w określonej wspólnocie i z ról, jakie w jej obrębie pełnimy. Tym samym specyficzny, obywatelski obowiązek spoczywa na nas tylko wtedy, gdy rzeczywiście wspólnota, do której należymy zachowuje swój polityczny charakter, a więc jest zorganizowana wokół kryterium swój obcy. To kryterium natomiast opiera się nie na czym innym, jak właśnie na wspólnych mitach, takich dokładnie jak Kresy lub „mityczna Wielka Polska”, jak woli nazywać je Tomasz Gabiś. Jeśli zatem uznamy nasze narodowe mity nie za fundament i konstytucję politycznej wspólnoty, lecz za piękny choć niepraktyczny bibelot, elegancki ozdobnik lub wręcz staroświeckie kuriozum z gabinetu osobliwości, wówczas na własnej skórze bardzo szybko przekonamy się o prawdziwości schmittiańskiej definicji terminu „polityczność”. Na tym też zasadza się kluczowe znaczenie Kresów dla naszej politycznej spoistości, lub mówiąc wprost: dla siły państwa polskiego. Polska pozbawiona ziem wschodnich nie jest „nawet aspirantem do narodu historycznego” — pisał w latach 40-tych Stanisław Cat Mackiewicz — „staje się materiałem etnograficznym, staje się narodowością poszukującą dla siebie jakiegoś twardszego oparcia o większy, przez kogoś innego rządzony organizm polityczny”. W czasach niepodzielnie panującego nad Wisłą „euroentuzjazmu”, w epoce, w której za najbardziej asertywnych obrońców naszej podmiotowości uważani są sygnatariusze traktatu lizbońskiego, naocznie i boleśnie przekonujemy się o tym, jak przenikliwym myślicielem był Cat. I nie chodzi tu bynajmniej o to, by odtrąbić wsiadanego i ruszać na Kowno, ale o to, by udowodnić przede wszystkim sobie, że choć z utratą Kresów, odjęto nam płuco, rękę i nogę, to mimo wszystko nie odcięto nam jaj, serca i głowy, w związku z czym nie będziemy grzecznie przemilczać swoich krzywd, nie będziemy uważać ziem utraconych za „scenerię filmów płaszcz i szpady”, ani kresowych Polaków za polityczną skamienielinę — pamiątkę po światach dawno minionych i nie mających z nami już nic wspólnego.

Polityka, jak wierzyli starożytni Grecy, powinna stawiać przed sobą dwa zadania — urzeczywistniać to, co piękne, lub, jeśli okaże się to niemożliwe, przynajmniej to, co pożyteczne. Na przekór temu, postulowana przez Tomasza Gabisia kresowa apostazja nie jest ani piękna ani pożyteczna. Pod płaszczykiem z pozoru zdroworozsądkowych haseł o „politycznym realizmie” skrywa się serwowana nam od lat stara dobra narodowa mikromania, która dżumę politycznej słabości każe nieodmiennie leczyć cholerą wyrzeczenia się narodowej dumy i ambicji, jakby widok naszego obecnego politycznego uprzedmiotowienia nie był nas w stanie wystarczająco zdemoralizować. Wbrew sugestiom redaktora „Nowej Debaty”, państwo polskie nie jest dziś słabe dlatego, że w „rozgorączkowanej wyobraźni młodzieży” rozgościła się „mityczna Wielka Polska”, pełniąc tam „funkcję kompensacyjną” i odciągając ową rozemocjonowaną i krnąbrną młodzież od „realnej pracy”, ale dlatego, że wskutek głębokich dziejowych traum, po części podświadomie, po części jak najbardziej świadomie, postanowiliśmy zlikwidować naszą narodową wspólnotę jako problem polityczny i to właśnie jest „przejawem eskapizmu odwodzącego od prawdziwych zadań, jakie stoją przed naszym narodem, od realnej pracy dla istniejącej tu i teraz, między Odrą a Bugiem, Polski”.

Tomasz Kwaśnicki



  • Poleć
  • Lubię to!
  • Zgłoś nadużycie
  • Skomentuj
poczekaj cierpliwie...
Dotychczas opublikował:
Artykuły: 21910
Filmy: 103
Dźwięki: 111
Galeria: 791
Odnośniki: 8
Mapy: 3
Dokumenty: 672

Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog

Wesprzyj portal:



Rejestracja

Do logowania
Użytkownik (*):
E-mail (*):
Hasło (*):
Ponownie (*):
 
O sobie
Rok urodzenia:
Miejsce zamieszkania:
Telefon:
O sobie:
Moje komunikatory
Gadu-Gadu:
GoogleTalk:
Skype:

Zaloguj się do serwisu


| Zapomniałem hasła

Witaj Gościu! Zarejestruj | Zaloguj