Strona www.kresy.pl wykorzystuje pliki cookies (po polsku ciasteczka)

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystanie przez nas plików cookies w celu zapewnienia Ci wygody podczas przeglądania naszego serwisu. Dowiedz sie więcej na temat cookies oraz w jaki sposób z nich korzystamy. Polityka cookie.

Reklama:
alternathistory.org.ua
Reklama:

Integralność terytorialna Ukrainy nie musi leżeć w interesie Polski

Dodane przez Marcin_Skalski
Opublikowano: Wtorek, 09 wrzesnia 2014 o godz. 19:07:58

 

Gdyby właśnie w tym momencie na Kremlu postanowiono o przeprowadzeniu inwazji na Polskę, to rosyjskim wojskom uprzednie zajęcie Ukrainy nie byłoby wcale potrzebne.



Opodatkuj się!
W maju otrzymaliśmy od Was 3 256,00 zł. Serdecznie dziękujemy za wsparcie!.

Ćwiczony przez armię Federacji Rosyjskiej desant w Obwodzie Królewieckim (Kaliningradzkim) oraz przeprowadzane regularnie manewry „Zapad” przewidywały – jak nietrudno się domyślić – bezpośrednie starcie z wojskami polskimi, a nawet tłumienie powstania zbrojnego Polaków na Białorusi. Polskie zdolności obronne są za małe, by w razie zrealizowania tych scenariuszy rosyjski atak odeprzeć. Mimo tego nadal pokutuje przekonanie, że losy Polski i perspektywa starcia się z Rosją ważą się właśnie teraz w odległym Donbasie.

Jakkolwiek propaganda rosyjska posługiwała się współczesnymi ruchami ukraińskimi odwołującymi się do niewątpliwie zbrodniczej (my, Polacy, wiemy o tym najlepiej) tradycji OUN-UPA w celu dyskredytacji Majdanu, obecnego rządu Ukrainy i przeprowadzanej przez niego tzw. operacji antyterrorystycznej, to na Kremlu doskonale zdawano sobie sprawę z tego, iż już za Dnieprem, a już na pewno w Galicji i na Wołyniu, ewentualna interwencja zbrojna napotkałaby na wynikający z autentycznej niechęci do Rosji opór zbrojny – i to mimo rażącej dysproporcji sił. Zmagania Rosjan na tych terenach nawet pod rozbiciu ukraińskiej armii z jakąś formą nieregularnego oporu zbrojnego byłaby porównywalna z walką Izraela z Hamasem, który również jest dla żydowskiego państwa uciążliwy mimo ogromnej nierównowagi potencjałów.

W co może grać Putin?

Pełzająca agresja rosyjska – bo tak bez zbędnych emocji można nazwać napływ sprzętu i ochotników wprost z armii rosyjskiej na Ukrainę wschodnią – nie musi mieć na celu opanowania całej Ukrainy ani nawet odrywania od niej południowo-wschodniej części tego państwa. Donbas i historyczna Noworosja, czyli współczesna Ukraina południowa, z szerokimi kompetencjami na szczeblu regionów znajdujących się formalnie w granicach Ukrainy, nie byłyby już formami organizacji Ukraińców – innych niż galicyjscy, ale wciąż jednak Ukraińców. Byłyby to formy szerokiego samorządu ROSJAN na Ukrainie, wyposażone w na tyle szerokie kompetencje, że dysponowałyby prawem weta w sprawach strategicznych, a więc dotyczących wejścia do UE czy NATO. Przywiązani do idei integralności terytorialnej Ukrainy Galicjanie będą musieli tę podmiotowość południowego wschodu prędzej czy później uznać. Oczywistym bowiem jest, że z tego, co już udało się osiągnąć na froncie walk, Władimir Putin już nie zrezygnuje i że uznanie południowego wschodu jako podmiotu wszelkich rokowań to postulat, z jakiego Moskwa się już wobec Kijowa nie wycofa.   

Rozbudzenie i podsycanie obiektywnie istniejących nastrojów separatystycznych to również zamierzony lub uboczny skutek aneksji Krymu. To właśnie zawołanie „Krym-Donbas-Rosja” było jednym z najpopularniejszych haseł na prorosyjskich manifestacjach w Donbasie. Znajdujący się de facto w granicach Rosji Krym już wkrótce może stanowić punkt odniesienia  dla sąsiednich regionów Ukrainy, które pozostaną pod formalnym zwierzchnictwem Kijowa. Wyższy poziom życia w Rosji przy jednoczesnej ruinie gospodarki ukraińskiej uczynić mogą anektowany półwysep miejscem, na które spoglądać będzie wiele oczu mieszkańców południowego wschodu Ukrainy i wobec którego dokonywane będą nieustannie porównania, a przecież gospodarka Ukrainy nie może się równać z gospodarką rosyjską.

Z kolei pozostała część kraju przyjmie najprawdopodobniej ideologię antyrosyjską, będąc segmentem przywiązanym do koncepcji pokrywania się granic politycznych Ukrainy z ukraińskim obszarem etnicznym i językowym. Zważywszy na to, że to nacjonalizm ukraiński jest jedyną ideologią zdolną mobilizować Ukraińców w duchu antyrosyjskim, zachodni komponent państwa ukraińskiego okazać się może znanym dotychczas jedynie z zachodnich obwodów Banderlandem – mniej lub bardziej luźno sfederowanym z ‘Noworosją’, na którą z kolei niemal bezpośredni wpływ będzie miała Moskwa.

W ten sposób Ukraina jako całość będzie sparaliżowana w podejmowaniu jakichkolwiek strategicznych kroków na Zachód. To w zupełności zadowoli Kreml, któremu zbrojne opanowanie całości Ukrainy nie będzie wcale potrzebne dla realizacji swoich strategicznych celów nad Dnieprem. 

Czy Polska powinna stawać po stronie Ukrainy

W obecnej sytuacji, gdy Ukraina sprzed Majdanu z umiarkowanie prorosyjskim Janukowyczem u steru jest już tylko nierealnym marzeniem, takie rozwiązanie może być dla Polski najlepszym – czy też: najmniej złym - z możliwych, choć polska podmiotowość, jak to w państwie istniejącym tylko teoretycznie, jest bliska zeru. Stało się tak również na własne życzenie Warszawy, gdyż nikt nie będzie zapraszał do stołu rokowań Ukrainy i Rosji państwa, które manifestacyjnie wręcz przejawiało postawę proukraińską (a więc w warunkach tego konfliktu – antyrosyjską). „Adwokatem” Ukrainy, wbrew szumnym zapowiedziom i deklaracjom polskich polityków, nie jest Warszawa, a Berlin. Przyznają to już nawet w Kijowie, bo i tamtejsi politycy wiedzą, że co najmniej tak samo antyrosyjskie stanowisko Polski nie stanowi żadnej wartości dodanej w i tak już trudnych negocjacjach z Moskwą, a przecież Ukraińcom zależy na zachowaniu tego, co im jeszcze z własnego kraju pozostało.

Jednocześnie władze w Kijowie są wciąż zakładnikami radykalnych grup odpowiedzialnych za zbrojne obalenie Janukowycza – grup, które z racji na wyznawaną ideologię przywiązane są do ideału ‘Wielkiej Ukrainy’. Nieprzypadkowo zresztą obecnie to rekrutujący się ze skrajnych sił ochotnicy do batalionów walczą jako jedyni z pełnym przekonaniem za ukraiński Donbas z godnym podziwu fanatyzmem i męstwem. Tego samego nie można powiedzieć o zdemoralizowanej, źle wyszkolonej i źle wyposażonej armii. I choć kontynuowanie walk z dnia na dzień stawiało Kijów w coraz gorszej sytuacji, to oddanie tu pola przez władze w Kijowie naraża je na powtórzenie losu Janukowycza. Bo czy ktoś wierzy, że milicja czy armia staną w obronie obecnych władz przed fanatykami z Prawego Sektora?

Coraz większe straty wśród ochotniczych batalionów są więc na rękę Poroszence i Jaceniukowi, które z ich perspektywy są usuwaniem zbędnych kłód na drodze do porozumienia się z Moskwą. Im szybciej to nastąpi, tym dla Kijowa lepiej.

 

Kiedy Polska ściąga na siebie rosyjskie zagrożenie

Rosja, jak wiemy, zdolna jest do prowadzenia polityki dla Polski dotkliwej i kosztownej, czego przykładem jest embargo na szereg produktów spożywczo-rolnych. Rzucanie wyzwania Putinowi wymagałoby ze strony Polski posiadania zasobów, które umożliwiałyby prowadzenie takiej polityki. Istniejące tylko teoretycznie państwo polskie takich zasobów nie posiada. Czy posiada więc protektora gotowego zetrzeć się z Rosją w imię interesów Polski?

Nie będzie takim protektorem Berlin z przyczyn oczywistych. USA również nie pójdą na zwarcie z Rosją z powodu Polski. Warszawa nie zbuduje też koalicji przeciwko Rosji, bo tej nie chcą ani Czechy, ani Węgry, ani Słowacja (Węgry i dyskryminująca węgierską mniejszość Słowacja nie chcą natomiast żadnej koalicji ze sobą), natomiast kraje bałtyckie nie wniosłyby do takiej koalicji żadnego potencjału. Wątpliwe wydaje się zawiązywanie jakichkolwiek sojuszy z Litwą, gdyż tamtejsze dążenie do „ideału” w postaci pokrywania się granic państwowych Litwy z granicami etnosu i języka litewskiego są ciągle dybiącym nad polską mniejszością narodową w tym kraju zagrożeniem.

W istocie współczesna Rosja nie uczyniła Polsce niczego złego, czego nie uczyniłyby jej państwa postrzegane nad Wisłą jako sojusznicy, na których musielibyśmy polegać w razie konfliktu z Moskwą.

Putin już 7 kwietnia 2010 w Katyniu wspominał o zasługach Armii Krajowej w zwycięstwie nad nazistowskimi Niemcami, jedna z izb rosyjskiego parlamentu jednogłośnie przyjęła uchwałę stwierdzającą odpowiedzialność NKWD za Katyń. W ten sam sposób kokietuje nas Zachód, który wie, że zakompleksiony naród można dowartościować wzmiankami o wieloletnich zmaganiach Polaków o wolność. Z drugiej strony Rosja nadal nie oddała wraku Tu-154 M, ale przecież z kolei Londyn nie odtajnił do dzisiaj kluczowych dokumentów w sprawie śmierci premiera Sikorskiego na Gibraltarze. Nie ma więc powodu, by Rosji nie ufać bardziej niż innym państwom, a już szczególnie nie ma powodu ufać w sojusznicze gwarancje innych państw. USA czy Wielka Brytania nie są bowiem gwarantami naszego bezpieczeństwa. Będzie wręcz przeciwnie w sytuacji skonfliktowania państw Zachodu z Rosją w przypadku jednoznacznie konfrontacyjnej polityki polskiej wobec Rosji – państwa te staną się gwarantem naszego zagrożenia, jako kraju wciągniętego jako pierwszy do konfliktu.    

Jeżeli Polska jest Zachodowi do czegokolwiek potrzebna, to jedynie jako pole ewentualnego konfliktu z Rosją. Skutki takiego konfliktu przedstawił nam Kreml ustami Wladimira Żyrinowskiego – z Polski nie zostałby kamień na kamieniu. Kto chce, niech wierzy, że słowa te padły bez wiedzy Putina i że Żyrinowski zrobił karierę polityczną poza kontrolą Kremla. Lepiej dmuchać na zimne, a słowa Żyrinowskiego odebrać nie jako groźbę, a jako ostrzeżenie.

W rzeczywistości Polska nie ma żadnego interesu w tym, by ufać w szczerość intencji Amerykanów. Liczne wywołane przez nich konflikty i rebelie przynoszą opłakane skutki, jak np. trwający holocaust chrześcijan w Iraku dokonywany przez bojowników Państwa Islamskiego uzbrojonych przez Zachód w Syrii jako opozycja wobec prezydenta Assada. W wojnie na Ukrainie nie chodzi więc i nie będzie chodzić o żadne „starcie cywilizacji” (Zachód przeciwko Rosji), leczo grę interesów i wpływów, gdzie Polska może się przydać jedynie jako państwo frontowe i ponieść wszystkie tego konsekwencje. Rosja bowiem, gdyby chciała i gdyby i gdyby miało jej się to opłacać, byłaby w stanie zająć Polskę już teraz.

Zwarcie z Rosją z powodu Ukrainy, gdy nie ma się żadnych środków do konfrontacji i gdy nikt nie będzie narażał na szwank swoich relacji z Rosją ze względu na Polskę to droga do samobójstwa narodowego. Chyba że właśnie o to chodzi – zetrzeć się z Rosją i dać się zetrzeć z mapy Europy, by świat zobaczył, że politycy polscy mieli rację w kwestii Putina.

Problem w tym, że świat – a przynajmniej interesująca nas jego część – doskonale zna metody rosyjskiego prezydenta, gdyż, po pierwsze, sam nie stroni od podobnej bezwzględności w osiąganiu swoich celów, po drugie, dlatego, że właśnie prowadzi z nim rokowania na temat Ukrainy i doskonale wie, z kim ma do czynienia. Równie bohaterskie co bezmyślne samobójstwo Polaków nie będzie tu żadnym argumentem.

Czy integralność terytorialna Ukrainy powinna być dla nas dogmatem

Paradoksalnie Rosja może odegrać pozytywną dla Polski rolę w konflikcie ukraińskim, choć nie uczyni tego, rzecz jasna, ze względu na Warszawę. Jedynie nacjonalizm ukraiński jest nurtem, który współcześnie mobilizuje Ukraińców w duchu antyrosyjskim. A przecież to właśnie antyrosyjski wymiar protestów na Majdanie przyczynił się do licznych pielgrzymek z Polski na główny plac Kijowa, by rozdawać tam bigos i snuć opowieści o przyjaźni polsko-ukraińskiej.

O tym, że będziemy mieli za sąsiada taki czy inny Banderland, świadczy szereg faktów, na czele z uczynieniem Wołodymyra Wiatrowycza – gloryfikatora OUN-UPA – szefem ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej. W Kijowie mogło więc dojść do udanego przeszczepu ideologii nacjonalistycznej, popularnej dotychczas jedynie w graniczących z Polską Galicji i Wołyniu.  Wiemy już, jaki fundament ideowy będzie miała nowa Ukraina i w polskim interesie jest, by nie była ona zbyt silna, a nawet, by była odpowiednio słaba. Im bardziej będzie ona uwikłana w konflikt z Rosją, tym lepiej dla Polski. Taka Ukraina mogłaby być rzeczywiście zdana na Polskę – co zresztą było założeniem sojuszu z Ukrainą obmyślonego niegdyś przez Piłsudskiego.

Słaba i pozbawiona walorów gospodarczych Ukraina nacjonalistyczna byłaby też za mało atrakcyjna dla Niemiec, których klientem Banderland mógłby się stać, a co dla Polski byłoby niezwykle groźne. Warszawa już teraz jest satelitą Berlina, który rządzi właściwie Unią Europejską. Zatem w interesie polskim jest obecnie taka Ukraina, która nie będzie w stanie wejść do Unii Europejskiej z uwagi na balast w postaci wyodrębnionej Noworosji. Jednocześnie Ukraina z na tyle słabym komponentem nacjonalistycznym, że nie mógłby się stać sprawnym narzędziem prowadzenia polityki w ręku Berlina. Warunkiem tego jest podmiotowość wschodnich, a nawet i południowych regionów Ukrainy, które zachowywałyby zyski z przemysłu i handlu morskiego na miejscu, a zarazem jednocześnie głęboki konflikt aksjologiczny i historiozoficzny Ukrainy kijowskiej z ‘Noworosją’ w ramach państwa ukraińskiego.

Nie tylko na tym odcinku rozluźnienie więzi pewnych regionów Ukrainy z Kijowem byłoby opłacalne dla Polski. Można nawet pójść krok dalej i zastanowić się, czy hipotetyczne zajęcie Zakarpacia przez Węgry byłoby dla Polski korzystne. To samo rozważanie może objąć także rumuńską do 1940 roku Bukowinę. Skonfliktowana z Węgrami i Rumunią Ukraina byłaby jeszcze słabsza i jeszcze bardziej zdana na Polskę, nie mówiąc już o bezpośrednich korzyściach z granicy polsko-węgierskiej – Polska nie byłaby chociażby zdana na prorosyjskie Czechy i Słowację, mielibyśmy przez tradycyjnie przyjazne nam Węgry dostęp do położonej nad Adriatykiem Chorwacji i do położonej nad Morzem Czarnym Rumunii. Oczywiście, Ukraińcom taki wariant nie musi się podobać, ale nikt nie mówił, że interesy Polski i Ukrainy są zbieżne.  

Wszystkie te „niemoralne” rozważania mogą niektórym przypominać sposób myślenia o Polsce w latach 1772-95 czy też w 1939. „Skoro nas dzielono tyle razy, to jak można popierać dzielenie innego kraju?” – zapyta ktoś. Można - jeśli ma się to opłacać naszej własnej ojczyźnie, a tą mimo wszystko pozostaje wciąż Polska, choć nikt przecież udziału Polski w rozbiorze Ukrainy nie postuluje. Nawiasem mówiąc, to przecież Ukraina jest jednym z terytorialnych beneficjentów agresji ZSRS na Polskę z 1939 i na Ukrainie, co nie dziwi, prawie nikt nie robi z tego problemu ani w nikim to nie powoduje wyrzutów sumienia wobec Polaków.

O ile więc analogia do 1939 ma mieć sens, to tylko wtedy, gdy w porę spostrzeżemy, że znowu jako pierwsi wciągani jesteśmy do konfliktu. A okazji do powtórzenia tego błędu po raz kolejny może już więcej nie być.

Tomasz Jasiński



Reklama:
  • Poleć
  • Nie lubię tego!
  • Zgłoś nadużycie
  • Skomentuj
poczekaj cierpliwie...
Dotychczas opublikował:
Artykuły: 2318
Galeria: 39

Reklama:
Ecoeconomy blog
Reklama:
Reklama:
Reklama:
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Reklama:
Reklama:
Ecoeconomy blog

Wesprzyj portal:



Rejestracja

Do logowania
Użytkownik (*):
E-mail (*):
Hasło (*):
Ponownie (*):
 
O sobie
Rok urodzenia:
Miejsce zamieszkania:
Telefon:
O sobie:
Moje komunikatory
Gadu-Gadu:
GoogleTalk:
Skype:

Zaloguj się do serwisu


| Zapomniałem hasła

Witaj Gościu! Zarejestruj | Zaloguj
Reklama:
Reklama:
Reklama: