Strona www.kresy.pl wykorzystuje pliki cookies (po polsku ciasteczka)

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystanie przez nas plików cookies w celu zapewnienia Ci wygody podczas przeglądania naszego serwisu. Dowiedz sie więcej na temat cookies oraz w jaki sposób z nich korzystamy. Polityka cookie.

Wesprzyj portal:
Debata na temat przemian geopolitycznych za wschodnią granicą Polski podczas X Festiwalu Obywatela w Łodzi. Od lewej: Agnieszka Romaszewska, Piotr Skwieciński, Witold Jurasz. Fot. facebook.com
Reklama:

Efekt Reya czyli o hipokryzji Salonu B

Dodane przez Lipinski
Opublikowano: Wtorek, 03 listopada 2015 o godz. 17:05:47

 

Proukraińscy dziennikarze, publicyści i ludzie związani z polityką mocno zaangażowali się w promocję domorosłego śledczego, kreując go przy tym na „męczennika za sprawę”. Nie chcą wiedzieć, że ich protegowany posuwa się nie tylko do oszczerstw i paszkwili, ale nie ma żadnych skrupułów, by donosić na osoby, które zbyt ostro go krytykowały, cenzurować swoich polemistów, a nawet grozić im ostracyzmem. Jednocześnie gorliwi obrońcy wolności słowa powstrzymują się przed zajęciem równie asertywnej postawy w obronie osób, które za mówienie prawdy o sprawach polsko-ukraińskich spotkały i spotykają rzeczywiste kłopoty.



Opodatkuj się!
W lipcu otrzymaliśmy od Was 2 545,00 zł. Serdecznie dziękujemy za wsparcie!.

Marcin Rey - jeszcze nie dawno postać szerzej nieznana - jest dziś jednym z „pomajdanowych bohaterów” polskiego środowiska pro-ukraińskiego, na rękach noszą go zarówno redaktorzy Gazety Wyborczej, jak i „Gazety Polskiej” czy tygodnika „wSieci". Dzięki swojej internetowej działalności szybko zdobył dużą popularność – najpierw jako Polak, który „zablokował sprzedaż francuskich Mistrali do Rosji”, a później jako „dziennikarz śledczy” tropiący rosyjskie wpływy w Polsce. Zarówno media głównego nurtu, jak i te związane z PiS-em z uporem godnym lepszej sprawy usiłują wykreować go na autorytet w dziedzinie stosunków polsko-ukraińskich, a przede wszystkim – rosyjskiej agentury wpływu w Polsce. Dzieje się to przy zupełnym i celowym przemilczaniu głosów krytykujących metody „śledczego z Dobczyc”.

Rey może liczyć na wsparcie z wielu różnych stron: zarówno „Gazety Wyborczej”, portalu Onet.pl, jak i „Gazety Polskiej”, Tygodnika Powszechnego, Telewizji Republika czy portalu Fronda.pl. Ostatnio apologetyczny artykuł na jego temat opublikował sam wicenaczelny tygodnika „wSieci”, Piotr Skwieciński. W przeszłości Reya aktywnie wspierało również środowisko Fundacji Republikańskiej. Jego komentarze i wpisy promowali m.in. wspomniany już Skwieciński, dziennikarze związani ze „Strefą Wolnego Słowa”, Wojciech Mucha i Dawid Wildstein, a także były konsul RP na Białorusi Witold Jurasz, szefowa TV Biełsat Agnieszka Romaszewska, jak również obecny członek Narodowej Rady Rozwoju powołanej przez prezydenta Dudę, politolog z UŁ dr hab. Przemysław Żurawski vel Grajewski. Ten ostatni proponował prewencyjną cenzurę wojenną wobec oponentów: „Ci, którzy w tym starciu opowiadają się po stronie Rosji – świadomie lub nieświadomie – muszą być odsunięci od wpływu na opinię publiczną. (…) Warunki wojenne tłumaczą użycie takich instrumentów”. Podobne sugestie na łamach „wSieci” formułował również wspomniany wcześniej Piotr Skwieciński.

Rey przedstawiany był zarówno jako ekspert i demaskator „agentów Putina” w Polsce, jak i „męczennik”, który płaci słoną cenę za swoje zaangażowanie i walkę na rzecz „wolnej i europejskiej Ukrainy”. Do dziś przy każdej możliwej okazji przypominana jest bezmyślna i żenująca w swej istocie akcja „ulotkowa”, w której niezidentyfikowani sprawcy oskarżali go o pedofilię. Ostatnio zaś w pewnych kręgach modne stało się robienie sobie zdjęć z kartką z napisem „Je suis Marcin Rey”, nawiązujące do akcji społecznej po ataku terrorystycznym na redakcję obrazoburczego magazynu Charlie Hebdo w Paryżu. Ma to być gest solidarności z Reyem po tym, jak ujawnił, że spotyka się z wyzwiskami i groźbami. Sprawą zajęła się wspierająca sprawy Ukrainy Fundacja Otwarty Dialog, która dodatkowo złożyła zawiadomienie do prokuratury. Fundacja promowała również akcję „Je suis Marcin Rey”. Tajemnicą poliszynela jest, że to on prowadzi fanpage „Rosyjska V kolumna w Polsce”, który zdaniem „Gazety Wyborczej” „specjalizuje się w tropieniu antyukraińskich i proputinowskich wypowiedzi w polskich mediach”.

Nikt z osób, które stawiają Reya na piedestał nie zadał sobie jednak ani odrobiny trudu, by spojrzeć na sytuację z tzw. drugiej strony - co spotyka osoby, które są przez Reya atakowane, a czasem wręcz pomawiane o działalność na szkodę Polski. Względem niektórych wzywał on nawet do interwencji przez polskie służby specjalne. Ci ludzie to dziennikarze, publicyści, a także naukowcy i duchowni. Wielu z nich zajmowało się Ukrainą i stosunkami polsko-ukraińskimi na długo przed Reyem. Mimo to, ludzie ci nie mogą liczyć na podobną solidarność ze strony centro-prawicowych celebrytów, co założyciel „rosyjskiej V kolumny w Polsce”. A wręcz przeciwnie – ataki na nich nagłaśniane są przez te same osoby i środowiska, które go wypromowały.

Nie wspominać o Ludobójstwie

„Od lat mam spokój, ale pod warunkiem, że na swoich zajęciach nic nie mówię na temat Ludobójstwa na Kresach Wschodnich” – mówi dr Kulińska, historyk zajmująca się m.in. stosunkami polsko-ukraińskimi. Dobrze pamięta „jazgot medialny”, jaki wywołały wystawy, które współorganizowała w 60. i 65. rocznicę Rzezi Wołyńskiej. Była w tej sprawie wzywana na tzw. rozmowy pouczające. Gdy w 2009 roku jechała do Lwowa w związku z 65. rocznicą ludobójstwa, miała tam obstawę i nigdzie nie ruszała się sama. Inni uczestnicy wyjazdu również obawiali się o swoje bezpieczeństwo. Po powrocie do kraju spotkały ją zaś dwa tajemnicze incydenty, które groziły jej utratą życia. Dziś nie chce na ten temat mówić.

Przyznaje jednak, że otrzymywała pogróżki, w tym również przez Internet. Jej i ks. Isakowiczowi-Zaleskiemu grożono m.in., żeby nie pojawiali się na Ukrainie, bo czeka już tam na nich odpowiednie drzewo ze stryczkiem. „Nie jeżdżę już na Ukrainę. Nawet do Lwowa nie mogę pojechać” – mówi dr Kulińska.

Szykany spotykały ją jednak głównie w pracy – jest wykładowcą akademickim. Kiedyś na jednym z wydziałów poprowadziła zajęcia na temat polskiej polityki wschodniej, jako przedmiot syllabusowy. „Jak się zorientowali, że ja tam mówię o Ludobójstwie, to już nie wystawiono go w kolejnym półroczu” – mówi dr Kulińska. A odpowiednio nagłośnić sprawę można łatwo, choćby poprzez pisanie przez studentów „donosów” na wykładowców. To samo dotyczy publikacji naukowych. „Żyje się cały czas w zagrożeniu, bo człowiek nie wie, czy jakaś rzecz którą się pisze nie zostanie wykorzystana przeciwko mnie”.

Poruszanie kwestii ludobójstwa na Kresach Wschodnich doprowadziło do tego, że w tym roku akademickim jej zajęcia będą objęte specjalnym nadzorem władz uczelni. Chodzi o tzw. hospitację, czyli ocenę ich jakości przez obserwatorów naukowych. Wynika to również z tego, że w czasie ostatniego kijowskiego Majdanu jej druga praca habilitacyjna została odrzucona. Zaznaczmy: dotyczyła ona terroryzmu ukraińskiego w Polsce w okresie międzywojennym. Dr Kulińska od początku miała przez to poważne problemy. Wielokrotnie naciskano na nią, by zmieniła przedmiot badań. Utrudniano jej również publikację pracy. Podczas recenzji habilitacji, na trzech recenzentów dwóch profesorów było Ukraińcami. Polacy obawiali się „brać” taki temat.  Sugerowano również, że tylko Ukraińcy się na tym znają. Ostatecznie praca jako rozprawa habilitacyjna została odrzucona.

Dwa źródła

Podobne doświadczenia ma również znany duchowny ormiańsko-katolicki z Krakowa, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, którego rodzina pochodzi z Kresów. „W ciągu ostatnich kilku lat miałem różnego rodzaju pogróżki” - przyznaje ksiądz. Były  to m.in. groźby przesyłane przez Internet w związku z jego działalnością związaną z ludobójstwem na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jedna z takich spraw została oddana do sądu. Sprawca został namierzony przez policję. Był to obywatel polski pochodzenia ukraińskiego.  Sąd skazał go na 4 miesiące więzienia w zawieszeniu.

Ksiądz Isakowicz-Zaleski przyznaje, że po upublicznieniu tej wiadomości w mediach wszelkie groźby praktycznie ustały. Jednak po pewnym czasie podobne sprawy pojawiły się ponownie. Niedawno do sądu została skierowana kolejna sprawa – tym razem w związku z nękaniem i oskarżaniem przez Internet. Nieoficjalnie wiadomo, że ich autorami są „przedstawiciele środowiska warszawskiego”.

Ksiądz precyzuje, że pogróżki pod jego adresem pochodzą z dwóch źródeł. Po pierwsze, ze środowiska ludzi wprost uważających UPA za bohaterów narodowych.Czyli Ukraińców z Polski albo z Ukrainy” – wyjaśnia. Druga grupa to z kolei ci Polacy, którym zależy na wybieleniu działalności UPA. Widać to bardzo wyraźnie, gdyż dla obu grup mówienie prawdy o ludobójstwie dokonanym przez Ukraińców jest bardzo niewygodne.

W przypadku mediów, ataki również pochodziły z dwóch stron. Dłużej odpowiadała za nie Gazeta Wyborcza, w tym jej ówczesny redaktor Marcin Wojciechowski, obecnie rzecznik MSZ i kandydat na urząd ambasadora RP w Kijowie. Podobna sytuacja dotyczy również środowiska Tygodnika Powszechnego, a także osób powiązanych z dawną Unią Demokratyczną i Unią Wolności. „Oni absolutnie nie chcą dopuścić do powiedzenia prawdy o Ludobójstwie” – mówi ksiądz Isakowicz.

Jednak później pojawiły się również ataki z zupełnie innej strony. Mianowicie „z tej części prawicy, która wierzy w doktrynę Jerzego Giedroycia”. Chodzi m.in. o Gazetę Polską, która w czasie Majdanu całkowicie zmieniła swoje nastawienie w kwestii Ukrainy. Ksiądz Isakowicz-Zaleski przez lata regularnie pisywał do niej felietony. W pewnym momencie, niedługo po rozpoczęciu się Euromajdanu, nieoczekiwanie i bez podania przyczyny Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny GP, wycofał jego artykuły z druku. Zdaniem księdza, strona „prawicowa” stosuje te same metody, co „Wyborcza” i związane z nią środowiska. „Na te tematy nie tylko nie wolno dyskutować, ale nawet rozmawiać”.

Ksiądz Isakowicz-Zaleski przywołuje również przykład Andrzeja Rudnika, dziennikarza z Radia Koszalin. W rocznicę Krwawej Niedzieli na Wołyniu nadał on audycję historyczną, przez którą spotkały go nieprzyjemności. Skargę na niego napisał m.in. Piotr Tyma, który podejmuje tego rodzaju działania w zasadzie permanentnie. „Publicznie mówi, że nie było ludobójstwa. A jak ktoś powie, że było – to pisze na niego skargę” – komentuje ksiądz Isakowicz.

Groźby, anonimy, głuche telefony

Gróźb i prób zastraszania doświadczył również dziennikarz i publicysta, Aleksander Szycht. Wszystko zaczęło się tuż po tym, jak w 2008 roku zaczął publikować w Internecie artykuły na temat przemilczania zbrodni banderowskich. Wspomina, że pierwsze doświadczenie było dla niego chyba najbardziej dotkliwe. „Od tej pory co pewien czas to się zdarza” – mówi Szycht.

Najpierw w środku nocy otrzymał SMS, w którym wyzywano go i zagrożono, że jeśli pojawi się we Lwowie, to stanie mu się poważna krzywda. Po niedługim czasie, gdy nie reagował na SMS, tej samej nocy telefon zadzwonił – numer był identyczny. „Jakiś Ukrainiec po części łamaną polszczyzną, po części po ukraińsku zaczął mnie wyzywać i grozić. Mniej więcej powtórzył to, co było w SMSie. Miał też pretensje o to, że śmiałem gdzieś pisać o swoich odczuciach, dotyczących ‘polskich kresów’ czy Lwowa jako ‘polskiego miasta’” – relacjonuje Szycht. To był polski numer telefonu, ale na kartę. Wykupioną, jak się okazało, wyłącznie po to, żeby go nastraszyć. Dzwoniono najprawdopodobniej z terytorium Polski.

Dziennikarza poza anonimami spotykały również inne nieprzyjemne zdarzenia, m.in. głuche telefony.  Pewnego razu włamano się także na jego skrzynkę mailową. Przyznaje, że przykrości spotykają także jego bliskich, i to w okolicznościach, które nie pozostawiają wątpliwości, że jest to związane z jego osobą i działalnością. Zgłaszał tę i inne sprawy na policję. Było to jednak tak nagminne, że nie interweniował za każdym razem, ale dopiero wtedy, kiedy „tych przypadków trochę się nazbierało”.

Ostatnia taka sytuacja miała miejsce niedawno – w październiku tego roku. „Znowu w nocy obudził mnie telefon. Zastrzeżony numer. Odebrałem, ale nikt się nie odzywał. Powtarzałem przez jakiś czas „halo, halo”, aż w końcu ktoś się rozłączył. Poszedłem spać, ale po jakiś kilku minutach telefon znowu zadzwonił. Odebrałem, ale tym razem się nie odzywałem. Nikt się nie rozłączał. W końcu to ja odłożyłem słuchawkę” – mówi Szycht.

Podobne akcje miały miejsce, gdy latem organizował demonstrację pod ambasadą Litwy. „Te nieprzyjemne sytuacje zawsze łączyły się z poruszaniem spraw ukraińskich albo litewskich. A wiem, że nacjonaliści z obu tych krajów znają się ze sobą” – twierdzi Szycht. Redakcja dowiedziała się przed publikacją, iż miał kolejne telefony.

Niewygodna prawda

Tomasz Maciejczuk, młody dziennikarz z Poznania, a w przeszłości wolontariusz Fundacji Otwarty Dialog, doświadczył tego, co znaczy „zaleźć za skórę” proukraińskiemu lobby w Polsce, a także samym ukraińskim „patriotom”. Znany z wielu niekonwencjonalnych oraz kontrowersyjnych akcji dziennikarz początkowo bardzo aktywnie wspierał Ukrainę. W środowisku proukraińskim wyrobił sobie świetną opinię. Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy zaczął publikować materiały, które stawiały Ukraińców w mało pozytywnym świetle. Chodziło m.in. o nazistowską symbolikę stosowaną w szeregach batalionu Ajdar, a także pułku Azow. „Gdy zacząłem wspominać o problemach ukraińskiej armii i oddziałów ochotniczych odezwały się głosy niezadowolenia w polskim środowisku proukraińskim. Przekonywano mnie, że wojna to nie czas na zwracanie uwagi na takie "drobnostki" jak symbolika SS, wywożenie broni z frontu czy złe traktowanie cywilów”  - mówi Maciejczuk.

Po ujawnieniu dowodów w tej sprawie, członkowie  neonazistowskiego pułku Azow ogłosili "polowanie na Maciejczuka". „Szukali informacji na mój temat, grozili, że stanie mi sie krzywda” – mówi dziennikarz. Innym razem ukraiński nacjonalista z batalionu OUN obiecał przestrzelić mu kolana za to, co mówił i pisał. „"Donczanin" po tym jak usłyszał moje zdanie na temat działań i postaci Romana Szuchewycza chwycił za kałasznikowa. Na szczęście udało mi sie skierować lufę w sufit, skończyło się na szarpaninie i kilku siniakach” - wspomina. Dodaje, że „Donczanin” jest dobrym znajomym „naszych medialnych speców od Donbasu”. Maciejczuk miał także nieprzyjemne przejścia z dowódcą grupy tzw. dirlewangerowców, którzy służyli w batalionie Ajdar i groził, że się z dziennikarzem rozprawi.

Ostatni przypadek miał miejsce w październiku tego roku, podczas wizyty Maciejczuka w Kijowie. „Zrobiono mi tam zdjęcie i rozsyłano je w internecie z apelem o "interwencje" oraz z obietnicą finansowego wynagrodzenia dla śmiałków”. Szereg spraw Maciejczuk zgłaszał na policję, ale bez skutku. „Tłumaczono mi, że nie są w stanie wykryć, kto stoi za groźbami na Facebooku i rosyjskim VKontakte”.

Nieprzyjemne sytuacje spotykały go również w Polsce. Siergiej Truszkin, dziennikarz z Euromajdanu Warszawa groził mu sądem za… nawoływanie do dialogu polsko-ukraińskiego. Maciejczuk w swoich wpisach ujawniał, że środowisko Truszkina jest temu tak naprawdę zdecydowanie przeciwne. Były również inne sytuacje. „Zdarzało się też, że jacyś nieznani mi Ukraińcy z Warszawy pisali do mnie, że nie mogą się doczekać spotkania ze mną w ukraińskim świecie, a tak właściwie to lepiej będzie jeśli już nigdy się tam nie pojawię”. Porysowano mu także samochód, a na ławce w pobliżu jego domu napisano mu „pozdrowienia” od ukraińskiej neonazistowskiej grupy  Misanthropic Division, działającej m.in. w szeregach pułku Azow.

Jednym z efektów zmiany jego nastawienia do kwestii Ukrainy był również ostracyzm ze strony części środowiska medialnego. „Miałem wybór - milczeć i być klepanym po plecach lub mówić i ponosić w związku z tym pewne konsekwencje. Nie boję się proukrainskiego środowiska w Polsce. Jestem w swoim kraju, mam prawo do wolności słowa i żadni miłośnicy Poroszenki czy ukraińscy imigranci nie będą mi dyktować czym mogę się zajmować, a o czym powinienem milczeć”.

Podwójne standardy

Podobne przykłady można mnożyć. Osobną  historią jest sprawa profesora Bogusława Pazia, który od lat zajmuje się również problematyką związaną z Ludobójstwem Wołyńsko-Małopolskim. W przeszłości doznawał nieprzyjemności z tytułu zajmowania się tym tematem – przede wszystkim na różne sposoby blokowano jego publikacje, konferencje i książkę „Prawda historyczna a prawda polityczna. Ludobójstwo na Kresach południowo-wschodniej Polski w latach 1939-1946”. Potem przez kontrowersyjny wpis na zamkniętej grupie na Facebooku zajęła się nim prokuratura, a władze uczelni zawiesiły go w obowiązkach na pół roku. Tylko dzięki mobilizacji środowisk kresowych w Polsce, w tym także pracowników akademickich, sprawa profesora Pazia zakończyła się pomyślnie.

Polskie instytucje odmówiły również zajęcia się sprawą wykształconych w Polsce Ukraińców, Iwana Kaniszczuka oraz Andrija Lubki. Pierwszy z nich pochwalał w Internecie ludobójstwo na Wołyniu i wzywał do dokonania kolejnej „rzezi polskiej”. Z kolei Lubka, celebryta i student Studium Europy Wschodniej UW, oburzony wypowiedziami jednego z polskich wykładowców, a zarazem byłego polskiego dyplomaty, chwalił się, że doniósł na niego rektorowi. Nieco później wykładowca ten został zwolniony z zajmowanego stanowiska. Żadną z tych spraw nie zainteresowały się media, które z kronikarską dokładnością nagłaśniają najmniejsze problemy dotykające Marcina Reya.

Domorosły śledczy

Na tym tle sytuacja proukraińskiego blogera nie prezentuje się już tak, jak chcieliby apologeci jego twórczości i promotorzy jego „misji”. Jego działalność jest zresztą znana w zasadzie wszystkim osobom, które poprosiliśmy o komentarz. I nie są to pozytywne opinie.

Duże wątpliwości wzbudza kwestia rzekomego profesjonalizmu małopolskiego tłumacza, który przedstawiany jest jako publicysta „biorący udział w wojnie informacyjnej” (Onet), publicysta i dziennikarz ujawniający powiązania polskich działaczy narodowych i „skrajnej prawicy” z Rosjanami (Gazeta Wyborcza) czy bloger zajmujący się rosyjską agenturą wpływu w Polsce (Telewizja Republika). Kreowano go przy tym na absolutnego profesjonalistę.

„Rey jest odmalowywany niemal jako profesjonalny śledczy, tropiący agentów obcych służb w Polsce. Moim zdaniem jego wpisy na ten temat są jak teksty kogoś, kto po prostu zainteresował się jakimś tematem. A przedstawia się to jak analizy na poziomie służb specjalnych” – uważa Aleksander Szycht. Dodaje, że według niego jego profesjonalizm jest kreowany medialnie, „przy okazji popularyzowania go jako ofiary”. Zdaniem Szychta największym beneficjentem takiego stanu rzeczy są paradoksalnie rosyjskie służby: „Teraz wielu ludzi, gdyby chciało ich się nawet ostrzec, popuka się w głowę. Już nie będą czujni, skoro ich samych oskarżało się bezpodstawnie. Nie będę się pytał: Kto najgłośniej krzyczy „Łapać złodzieja!”, bo to też będzie sugestia, a ja pana Reya osobiście nie znam, ale właśnie tak wygląda, moim zdaniem, jego podejście do sprawy, gdy rozlicza innych. To jest niesamowite. Robi się z niego drugiego Sumlińskiego, co jest po prostu śmieszne. Sumliński by coś opublikować wykonuje ciężką pracę, a co do Reya to mam wrażenie, że on siedzi sobie przed komputerem, trochę poczyta, idzie porozmawiać z kumplami, dołoży dwa zdjęcia i robi z siebie profesjonalistę” – twierdzi Szycht.

Cenzura zamiast dialogu?

Rey nie jest przy tym zwolennikiem dialogu. Zdarzało się nawet, że próbował wywierać wpływ na osoby, z którymi się nie zgadzał, próbując je szantażować. Jedną z takich osób był Tomasz Maciejczuk. Rey próbował wpłynąć na niego, gdy ten zaczął publikować materiały niekorzystne dla strony ukraińskiej. Zadzwonił do niego z ostrzeżeniem, że jego działania będą miały dla niego negatywne skutki. „Z rozmowy wynikało, że zostanę publicznie zaatakowany, a moja wiarygodność zakwestionowana. Koniec końców oskarżył mnie o fałszerstwa zdjęć z Ajdaru. Dziś oczywiście temat zamiótł pod dywan, bo zdjęcia okazały się prawdziwe” – mówi Maciejczuk. Rey nie był zresztą jedynym. Maciejczuk twierdzi, że presję na niego wywierała również dziennikarka Bianka Zalewska, która tłumaczyła mu, że nie można poruszać tematów mogących negatywne wpłynąć na reputacje Ukraińców. Co więcej, Rey w co najmniej kilku przypadkach uciekał się do donosicielstwa względem osób, które obrażały go w Internecie. Publicznie chwalił się, że kontaktował się z ich pracodawcami próbując wymóc wyciągnięcie względem nich konsekwencji.

„Rey swoimi insynuacjami krzywdzi ludzi” – mówi Maciejczuk. „Cała akcja Reya nastawiona jest na zastraszenie, zaszczucie i zniszczenie reputacji”. Rey nie ma zwyczaju publikowania sprostowań czy przeprosin, jeśli okazuje się, że nie miał racji. Tak jak wówczas, gdy oskarżył Maciejczuka o sfałszowanie zdjęć kompromitujących niektórych członków batalionu Ajdar.

Analogiczna sytuacja miała miejsce również w odniesieniu do portalu Kresy.pl. Rey publicznie sugerował, że nasze medium stało za wymierzoną w niego „akcją ulotkową” w Dobczycach, a także twierdził, że „portal Kresy.pl jest organizacyjnie powiązany z Ruchem Narodowym”. Tym samym bez wskazania najmniejszych przesłanek zarzucał nam bycie partyjnym organem. Ostatnio posunął się do kolejnej insynuacji, publikując wypowiedzi jednego z internetowych „hejterów” w sposób sugerujący, że ich autorem jest jeden z redaktorów naszego portalu. Jego tekst został przedrukowany przez portal Fronda.pl, który usunął go dopiero po interwencji Marka Jakubiaka, który również został przez Reya bezpodstawnie zaatakowany.

Je suis Marcin Rey

Echem odbiła się także wspomniana wcześniej akcja zainicjowana przez Fundację Otwarty Dialog. Jej członkowie postanowili w geście solidarności z Reyem, którego życie rzekomo miało zostać zagrożone przez „polskich nacjonalistycznych ekstremistów”, zrobić sobie zdjęcia z kartkami z napisem nawiązującym do masakry w redakcji obrazoburczego francuskiego pisma Charlie Hebdo.

Aleksander Szycht uważa, że cała akcja i to, jak przedstawiono w niej samego Reya, jest w istocie tragikomiczne. „Zrobiono coś w stylu akcji ‘Pajacyk’, kreując go na biednego, zaszczutego człowieka” – uważa. „To mnie śmieszy, ale to trochę taki śmiech przez łzy, bo z kolei nam można zrobić wszystko. Dla mnie to jest wręcz bolszewizm”. Dodaje, że obnoszenie się Reya ze swoimi przykrymi doświadczeniami w mediach nosi charakter operetkowy.

Tym bardziej, że wbrew obrazowi kreowanemu przez środowiska proukraińskie, osoby znające Reya twierdzą, że nie żyje mu się źle. „Mamy wspólnych znajomych – on sobie dobrze żyje. Nie słyszałem o tym, żeby działa mu się jakakolwiek krzywda” – mówi ks. Isakowicz-Zaleski.

"Grożą im nie te osoby, co trzeba i nie za to co trzeba"

Po Majdanie zaczęto kreować na znawców tematu stosunków polsko-ukraińskich różne osoby, które nie zawsze były dobrze zorientowane w tym temacie. Nie mówiąc już o znajomości literatury przedmiotu. Do takich należy również Rey.

„My nie zajmujemy się atakowaniem nikogo bez przesłanek merytorycznych. Zajmowaliśmy się tymi tematami lata, na długo przed Majdanem. A Rey po Majdanie wyrósł jak grzybek po deszczu” – twierdzi Szycht. „Wiele rzeczy o których pisaliśmy potwierdziło się, tylko nikt nas nie słuchał. A teraz nagle pojawiają się jacyś kreowani eksperci, którzy wyrywkowo stwierdzają, że my się nie znamy i robimy wszystko źle. Oni nie czytali polskiej literatury, nie znają wyników badań polskich ekspertów w temacie. Swoją wiedzę zdobywają na bieżąco, często moim zdaniem czerpiąc z propagandowej wersji strony przeciwnej i oskarżają osoby zajmujące się tymi tematami od lat a następnie chcą ich pacyfikować. Nie tylko pacyfikować znawców tematu, ale każdego kto powie cokolwiek innego, i robią to w sposób oszczerczy. Potem nagle ktoś sięga po metody jeszcze bardziej obrzydliwe, wysyła im pogróżki, a oni są wielce zaskoczeni tym faktem. My mamy z tym do czynienia przez szereg lat, a ich ledwo to dotknie, a już uderzają w płacz i podnoszą larum. To jest po prostu śmieszne”.

W tym kontekście sprawa Reya jawi się jeszcze bardziej tragikomicznie. Osoby zajmujące się tematem ludobójstwa na Kresach Wschodnich, jak widać, otrzymują pogróżki i są zastraszane bardzo często. Tyle tylko, że nimi nikt się nie zajmuje. Nikogo nie interesuje to, co ich spotyka. „Po prostu: grożą im nie te osoby, co trzeba i nie za to co trzeba” – uważa Szycht. I dodaje, że co najmniej część środowisk prawicowych w Polsce ma tego pełną świadomość. I mimo to, nie robią nic.

Jeśli rzeczywiście panu Reyowi uda się „ustrzelić agenta wpływu” - gratuluję, tylko szkoda, że obok „rozbryzguje niewinnych cywilów”, jak się niektórym wydaje, z cynicznym uśmiechem. Toteż niech się nie dziwi, że ktoś się wścieknie i sięgnie po niegodne metody. Aby była jasność, odcinam się od nich, szczególe obrzydliwą wydaje mi się rozsyłanie plotek, co i mnie dotykało, choć oskarżenia pana Reya o pedofilię, to mimo wszystko inny kaliber. Jednak stosowana niesprawiedliwość wobec innych ma to do siebie, że zawsze wraca i nie zawsze w proporcjonalnej ilości, często większej. Zło posługuje się innym przelicznikiem, to dlatego właśnie zło należy dobrem zwyciężać. W przeciwnym razie ten sam łańcuszek trafi rykoszetem i w Reya i jego prześladowców.” - mówi Szycht.

Marcin Rey nie kwapi się do podejmowania dyskusji z osobami, które krytykuje, a czasem wręcz oskarża o działalność agenturalną. Dotyczy to także innych osób ze środowisk proukraińskich. Rey jednak absolutnie nie zamierza konfrontować z rzeczywistością tego, co sam opisuje. „Z nim jest jak z Adamem Michnikiem – z którym po prostu się nie dyskutuje i koniec”- uważa Szycht i dodaje, że „Rey unika dyskusji jak diabeł święconej wody”. Jego zdaniem Rey wiele publikuje na podstawie działań, które są nieprofesjonalne i bardzo subiektywne. „Tylko, że tego czy takie są, czy nie, nie sposób stwierdzić, bo on unika dyskusji. Rzetelne śledztwo go nie interesuje”.

Podobnego zdania jest ks. Isakowicz-Zaleski. W jednym ze swoich tekstów Rey otwarcie wezwał władze kościelne i polskie służby specjalne, by zajęły się osobą duchownego. „Jako działacz, kapelan solidarności, odbieram jako coś nienormalnego  fakt, że po 25 latach od upadku PRL ktoś publicznie wzywa do tego, by kogoś kneblować” – mówi ksiądz. Krakowski duchowny również potwierdza, że Reya nigdy nie interesowała wymiana poglądów. Nigdy nie zwrócił się do księdza, by porozmawiać na poruszane przez niego tematy: ani osobiście, ani telefonicznie czy przez Internet. Zdaniem ks. Isakowicza, swoimi działaniami Rey po prostu chce zaistnieć. „Rey ma wyraźną chęć do bycia zarazem autorytetem moralnym, sędzią, katem jak i prokuratorem” - mówi.

Dwie strony medalu i wąski kawałek metalu

Tym co zasmuca jest fakt – dokładnie tak, fakt – że o ile osoby takie jak Marcin Rey, będące faktycznie pewnym zjawiskiem medialnym i społecznym, mogą liczyć na wsparcie i obronę ze strony różnych środowisk i wpływowych mediów, o tyle osoby, które walczą o prawdę dotyczącą Ludobójstwa na Kresach Wschodnich, które zajmują się analizą stosunków polsko-ukraińskich czy które publikują fakty niekorzystne dla ukraińskiej wizji świata, mogą być pewne tylko tego, że ich najmniejsze potknięcie zostanie bezwzględnie wykorzystane. O ich osiągnięciach usłyszy niewielu, o ich potknięciach będzie głośno. Zaś o groźbach pod ich adresem i szykanach nie dowie się praktycznie nikt.

Z drugiej strony, jest w tym pewna nadzieja. Działania osób, które mimo trudności poszukują prawdy i walczą o nią, z czasem mają szanse na zasłużoną ocenę. Pomówienia oparte o z góry narzucone tezy i działania podkręcane wysilonym cierpiętnictwem są co prawda efektowne, ale i krótkotrwałe.

Zarówno środowiska bliskie GW jak i te kojarzone z „giedroyciowską prawicą” są w kwestii Ukrainy, stosunków polsko-ukraińskich czy Ludobójstwa na Kresach Wschodnich bardzo sobie bliskie. I chyba dobrze zdają sobie z tego sprawę. Faktycznie, tworzą tu nieomal dwie strony jednego medalu - dwa ramiona jednej i tej samej politycznej poprawności. Obie są tak samo wyczulone na najmniejsze odchylanie od ich jedynej słusznej linii, oraz głuche i ślepe wówczas, gdy atakuje się ich adwersarzy. Tym wąskim kawałkiem metalu, który je łączy, stał się zaś właśnie Marcin Rey.

Marek Trojan



Reklama:
  • Poleć
  • Nie lubię tego!
  • Zgłoś nadużycie
  • Skomentuj
poczekaj cierpliwie...
Dotychczas opublikował:
Artykuły: 17662
Filmy: 103
Dźwięki: 111
Galeria: 791
Odnośniki: 8
Mapy: 3
Dokumenty: 672

Reklama:
Ecoeconomy blog
Reklama:
Reklama:
Reklama:
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Reklama:
Reklama:
Ecoeconomy blog

Wesprzyj portal:



Rejestracja

Do logowania
Użytkownik (*):
E-mail (*):
Hasło (*):
Ponownie (*):
 
O sobie
Rok urodzenia:
Miejsce zamieszkania:
Telefon:
O sobie:
Moje komunikatory
Gadu-Gadu:
GoogleTalk:
Skype:

Zaloguj się do serwisu


| Zapomniałem hasła

Witaj Gościu! Zarejestruj | Zaloguj
Reklama:
Reklama:
Reklama: