Strona www.kresy.pl wykorzystuje pliki cookies (po polsku ciasteczka)

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystanie przez nas plików cookies w celu zapewnienia Ci wygody podczas przeglądania naszego serwisu. Dowiedz sie więcej na temat cookies oraz w jaki sposób z nich korzystamy. Polityka cookie.

Wesprzyj portal:
Wymarsz armii Stanisława Żółkiewskiego spod Smoleńska. Malował Mirosław Szeib.

Czego Napoleon mógłby się nauczyć od Żółkiewskiego?

Dodane przez wachmistrz_Soroka
Opublikowano: Środa, 16 lipca 2014 o godz. 08:08:30

 

Armia Żołkiewskiego przypominała toczącą się po śniegu kulę, która z każdym obrotem nabierała masy. Wielka Armia Napoleona przypominała zaś śnieżną kulę, która staczając się z kamienistego zbocza, z każdym obrotem na masie traciła.



Opodatkuj się!
W wrześniu otrzymaliśmy od Was 2 097,00 zł. Serdecznie dziękujemy za wsparcie!.

Poniższy tekst stanowi kontynuację artykułu „Dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy?”.

Czy można było inaczej?

     Jakąż odmianę widać w zachowaniu wojsk Stanisława Żółkiewskiego, które dwa wieki przed Napoleonem stanęły przed podobnym, a nawet trudniejszym zadaniem. Trudniejszym z wielu względów. Choćby dlatego, że zanim ludzie Żółkiewskiego wkroczyli do stolicy carów, od około roku żyli kosztem państwa moskiewskiego.

     Armia króla polskiego Zygmunta III Wazy przekroczyła granicę 21 września 1609 roku. Jej pierwotnym celem był Smoleńsk, a nie Moskwa. Pod tą, jak na owe czasy potężną twierdzą, zgromadziło się około 100 tys. poddanych Zygmunta III. Byli to żołnierze, Kozacy i liczna luźna czeladź. Czym się żywili? Źródła były podobne, co w przypadku armii Napoleona: wiezione na wozach zapasy oraz miejscowe zasoby. Więc gdzie te różnice? Otóż regułą było, iż wyruszając na wojnę, żołnierze polscy zabierali prowiant nie na kilkanaście, czy „aż” 24 dni, lecz na pół roku! Zabierano je na taką ilość wozów, której nie wyobrażają sobie specjalizujący się w logistyce, zachodni historycy. Martin van Creveld, w swej pod wieloma względami bardzo cennej pracy „Żywiąc wojnę. Logistyka od Wallensteina do Pattona”, pisze:

„Spośród wszystkich kampanii Napoleona to właśnie przed tą [1812 roku] cesarz zgromadził zasoby ludzkie i materialne, które były o rząd wielkości większe nie tylko od wszystkiego, co widziano w jego czasach, ale także od wszystkich poprzednich kampanii w historii.”[1]

Jakże błądzi holenderski historyk! Mógł to napisać człowiek, dla którego historia wojen ogranicza się tylko do tych, które toczono w zachodniej Europie.

     Siedemnastowieczna armia polska była obciążona nadzwyczaj licznym taborem. Było to i przekleństwo, i zbawienie. Przekleństwo, gdy wojny toczyły się na terenach stosunkowo gęsto zaludnionych. Wtedy liczna, zbyt liczna w stosunku do bieżących potrzeb, luźna czeladź nadmiernie plądrowała okolice. Zbawienie, gdy wkraczano na tereny słabo zaludnione. W tym drugim przypadku żywność, którą zabierano na wozy, pozwalała przez dłuższy czas funkcjonować nawet wówczas, gdy najbliższa działaniom wojennym okolica, nie była w stanie wyżywić żołnierzy. Ponadto, liczna luźna czeladź rozjeżdżała się wówczas daleko poza obóz, obejmując rekwizycjami bardzo rozległy obszar.

Dla przykładu podam, że armia koronna, która pod Janem III Sobieskim ruszyła na odsiecz Wiednia, licząc około 20 tys. żołnierzy (podkreślę – samych żołnierzy, a nie wszystkich ludzi!), miała zabrać ze sobą aż 32 tys. wozów[2]. Przypomnę, że przeszło 400 tys. armia Napoleona na wojnę z Rosją zabrała ich ledwie ok. 10 tys. Różnica, w stosunku do ilości żołnierzy, kolosalna.

     Tak wielka liczba wozów siedemnastowiecznych wojsk polskich i taki sposób jej zaprowiantowania, przekładały się na ilość ciurów ciągnących z wojskiem. Tych zwykle było 2–3 razy więcej niż kawalerzystów[3]. A jak było w armii Księstwa Warszawskiego?

Klemens Kołaczkowski, kapitan korpusu inżynierów, stwierdził, że na 29 400 żołnierzy przypadało niespełna 3000 „służących, ciurów, markietanów, posługaczy itd. wreszcie całą służbę zdrowia, służbę żywności, żandarmów”[4]. Ponownie widać przepaść w strukturze armii. Dodać należy, że organizacja armii Księstwa Warszawskiego oparta była na wzorach francuskich.

     Wojsko Zygmunta III Wazy przezimowało pod Smoleńskiem i kontynuowało jego oblężenie do 1611 roku, gdy zdobyło miasto. Stało się tak nie tylko dzięki zapasom, które ze sobą na wojnę zabrano, ale i dlatego, że Polacy i Litwini zupełnie inaczej potraktowali miejscową ludność. Jeden z obecnych tam husarzy pisał:

„Żywnościśmy dostatek mieli. Nieprzyjaciel nam nie przeszkadzał, bo miał zabawę z carzykiem [Dymitrem] pod stolicą. Derewnie [wsie] w mil 18, 20 i dalej [1 mila polska = 7146 metrów] od Smoleńska zajmowano na towarzystwo. Pacholikowie mieszkali w nich bezpiecznie, a chłopi żywność wozili do obozu [pod Smoleńskiem].”[5]

Rosyjscy chłopi wozili żywność do polskiego obozu? Jak to możliwe? Ano możliwe. Przy odpowiednim ich potraktowaniu. To samo było możliwe także i w czasie wyprawy Napoleona na Moskwę, tylko tej szansy w roku 1812 nie wykorzystano.

Rekwizycja, a właściwie rabunek, którego świadkiem był oficer artylerii i artysta, Faber du Faur. Doszło do niego w trakcie pochodu Wielkiej Armii, 29 czerwca 1812 roku.

Kto ma karabin nie musi się z nikim liczyć?

     Żołnierze Wielkiej Armii zmarnowali szansę przyjaznego ich potraktowania nie tylko wówczas, gdy przeciągali przez dawne tereny Wielkiego Księstwa Litewskiego. Również po przekroczeniu przedrozbiorowej granicy Rzeczypospolitej można było z miejscowymi nawiązać przyjazne relacje. Świadczy o tym choćby epizod opisany przez porucznika artylerii Michała Jackowskiego:

„Dano mi natychmiast kompanją piechoty i wysłano za Dniepr dla szukania żywności i furażowania. Przybywszy do jednej wsi, kazałem schwytać jednego włościanina i pamiętny skuteczności obejścia się dobrego z owym [opisanym przez Jackowskiego wcześniej] starcem, przemówiłem do niego także po rossyjsku:

− Mój bracie, nie my winni, bo to robić musimy, co nam starsi rozkażą; i oni także muszą żywić wojsko. Kazano mi zabrać, co tylko z waszej wsi zastanę z żywności i furażu. Ja tego nie uczynię, bo i wy z waszymi rodzinami żyć musicie, ale jest tu sześćdziesiąt domów: proszę was po chrześciańsku, dajcie z każdego po jednej sztuce bydła, po dwie owiec, po jednym koniu, a owsa i siana, co możecie.

Żądanie moje nie było przesadzone, bo wieś była zamożna i wiedziałem, że każdy gospodarz ma liczny inwentarz, ale uprowadzony do lasu; włościanin ukląkł przede mną i zaczynając od słowa: Karmilec, tak mi odpowiedział:

− Pierwszego Bóg nam zesłał dobrego człowieka; rozumiem, że musicie wypełnić dany rozkaz, wszystko zrobię z moimi sąsiadami, damy, co żądacie. Wojsko nasze inaczej z nami postąpiło; wy przychodzicie jak przyjaciel, nie rabujecie, nie zabieracie. Tu we wsi nic nie mamy, ale ze dwie godziny przywieziemy, co będzie można, i przypędzimy bydła i koni na przewóz do Dniepra. Ufajcie mi, jak ja wam ufam, a jeżelibym nie dotrzymał słowa, przyjdziecie i spalicie naszą wieś, lecz proszę was, nie wydajcie nas, że mamy bydło i konie w lesie, i starajcie się zrobić u swoich starszych, aby więcej od nie nie żądali, boby to było dla nas uciążliwe, a są i inne wsie.

Poszedłem nad Dniepr i tam z komendą czekałem więcej jak dwie godziny; zaczynałem już wątpić o szczerości tego włościanina, gdy wtem spostrzegam trzydzieści fur parokonnych, sześćdziesiąt sztuk bydła, sto owiec, dziesięć świń. Na wozach było sto dwadzieścia worów owsa. Ten sam włościanin przyszedł z transportem i prosił o kwit.”[6]

Cała historia skończyła się jednak mniej optymistycznie, niż się zanosiło. Jackowski kontynuował:

„Stał tam na przewozie szef bataljonu Truskowski ze swoim bataljonem i właśnie nadszedł, kiedy włościaninowi kwit dać chciałem. Zażądał on ode mnie trzy konie, czego mu odmówiłem, bo konie kazano mi przyprowadzić dla umontowania pociągów artyllerji z trzech pułków do artyllerji pozycyjnej przyłączonych. Rozgniewany moją odpowiedzią, Truskowski odezwał się:

­− Dla tego pan więcej wszystkiego nie przyprowadziłeś, bo musiałeś wziąć za to pieniądze.

Z oburzeniem odpowiedziałem mu:

− Panie szefie, w Hiszpanji nie byłem, gdzie wielu rabowało, a podłym być nie umiem; z resztą na zarzut ten później panu odpowiem.

Włościanin stojąc przy nas, zrozumiał, co mówiliśmy i rzekł:

− Jenerał, tot czesny oficer, ne żełał od nas dzieniok, tolki to, czto tu est. [Generale, to uczciwy oficer, nie chciał od nas pieniędzy, tylko to, co tu jest.]

Truskowski zawołał:

− Wziąć chłopa, a wszystkiego więcej mieć będziem.

To usłyszawszy Moskal, nie czekając kwitu, drapnął do bliskiego lasu, a za nim odbiegli fur i bydła inni włościanie.

Zabrałem wszystko z moją komendą i powróciłem do Smoleńska, gdzie natychmiast zameldowałem pułkownikowi zajście moje z Truskowskim, prosząc o wyznaczenie sądu wojennego i aby mnie na podobne komendy nie wysyłał. Pułkownik Tremon widząc mnie mocno wzruszonego, radził zostawić to czasowi i być spokojnym, przyrzekając satysfakcją.”

Niestety i dla Wielkiej Armii, i dla miejscowych, normą było zachowanie zaprezentowane przez Truskowskiego, a nie Jackowskiego. Zemściło się to już w drodze na Moskwę. Ale bardziej w drodze powrotnej, gdyż Wielka Armia wracała tą samą trasą, którą wcześniej szła. Trasą przez siebie splądrowaną, z wrogo nastawioną do żołnierzy ludnością, a co gorsza, po nastaniu zimowej aury i z żołnierzami rosyjskimi depczącymi jej po piętach.

Wyprawa Żółkiewskiego na Moskwę

     Pierwsze oddziały hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego wyruszyły spod Smoleńska 7 czerwca 1610 roku[7]. Jego cała armia liczyła wówczas 3280 stawek żołdu. Towarzyszyć jej musiała liczna luźna czeladź, ale jej ilość możemy tylko szacować. Dlatego dalej ją pominę, pisząc jedynie o żołnierzach. Ich rzeczywistą liczbę trudno jest określić. Można jednak przypuszczać, że skoro niespełna miesiąc później, czyli w w bitwie pod Kłuszynem, wynosiła ona 64% stanów etatowych (2700 żołnierzy przy 4230 stawkach żołdu), to podobna, lub nieco wyższa była 7 czerwca. Dawałoby to mniej więcej 2200 żołnierzy. Pamiętając o tym, że armia polska operowała na terytorium moskiewskim od 21 września 1609 roku, czyli od przeszło ośmiu miesięcy; pamiętając, że na nim przezimowała prowadząc oblężenie Smoleńska; pamiętając że około 10% stawek żołdu kawalerii pochłaniały ślepe porcje, to tak wysokie stany rzeczywiste wojska uznać należy za wyśmienity wynik[8].

     29 września 1610 roku, czyli po 114 dniach, pierwsi żołnierze Żółkiewskiego wkroczyli do Moskwy. Hetman wprowadził wówczas do miasta garnizon liczący około 7500 żołnierzy[9]. Nie były to jednak wszystkie siły, którymi rozporządzał. Pomijając już samych Moskwicinów (np. miasto Moskwa miało do walki w polu około 15 tys. „ludzi grzecznych, do boju godnych”[10]), którzy uznali jego władzę; pomijając kilka tysięcy Kozaków, istniały jeszcze wojska Jana Piotra Sapiehy, służące uprzednio Dymitrowi II, a które z polecenia hetmana 24 września odmaszerowały spod Moskwy do Ziemi Siewierskiej. 29 września hetman polny koronny rozporządzał więc siłami, które łącznie liczyły co najmniej 30 tys. żołnierzy!

     Jak to możliwe, że wojska Stanisława Żółkiewskiego zamiast, tak jak Wielka Armia Napoleona wykruszać się, rosła? Po pierwsze była ona w swoim marszu ze Smoleńska na Moskwę odpowiednio karmiona. Ta uwaga dotyczy i ludzi, i koni.

     Po drugie, hetman był zdolnym dyplomatą. Niemal każda jego operacja kończyła się powiększeniem, a nie pomniejszeniem liczebności wojsk, które uznawały jego zwierzchność. Przechodziły na jego stronę pułki walczące dotąd dla Dymitra II Samozwańca (pułk Aleksandra Zborowskiego, czy wojska Jana Piotra Sapiehy). Przeszli cudzoziemcy (najemni żołnierze na żołdzie rosyjskim przysłani carowi[11] Wasylowi Szujskiemu przez króla szwedzkiego Karola IX[12]). Przeszli i sami Moskwicini.

     Po trzecie, w swoim pochodzie na Moskwę hetman zbierał i przyłączał do swej armii pułki królewskie, które już operowały w państwie moskiewskim. Przed bitwą pod Kłuszynem (4 lipca 1610 roku) dołączyły do niego pułki Marcina Kazanowskiego i Ludwika Wejhera (inaczej Samuela Dunikowskiego). Po niej także pułk Aleksandra Gosiewskiego[13]. Przyłączyli się również Kozacy.

Wnioski

     Armia Żołkiewskiego przypominała toczącą się po śniegu kulę, która z każdym obrotem nabierała masy. Wielka Armia Napoleona przypominała zaś śnieżną kulę, która staczając się z kamienistego zbocza, z każdym obrotem traciła na masie. Oprócz czynnika aprowizacji, niepoślednią w tym rolę odegrały wyniki decydujących batalii obu wypraw: bitwy pod Kłuszynem i bitwy pod Borodino.

Rekonstruktorzy husarii podczas inscenizacji bitwy pod Kłuszynem w 2010 r. (fot. Łukasz Wojtczak)

     W bitwie pod Kłuszynem wojsko polskie liczyło zaledwie 2700 żołnierzy, a pokonało armię o liczebności około 18 300 żołnierzy! Pokonało tak skutecznie, że większość wojsk cudzoziemskich przeszła wówczas na stronę polską. Przykład ten spowodował, że i wyborowe wojska moskiewskie, które dotąd skutecznie broniły się przed Polakami pod Carowem Zajmiszczem, przeszły pod komendę Żółkiewskiego. Bitwa pod Kłuszynem złamała wolę dalszej obrony. Po dyplomatycznych zabiegach bojarzy sami oddali dotychczasowego cara, Wasyla Szujskiego, w ręce polskiego hetmana, obrali nowego cara (Władysława Wazę – syna polskiego króla) i wpuścili żołnierzy Żółkiewskiego do Moskwy.

„Napoleon Bonaparte pod Borodino” (fot. Krzysztof Jagusiak). Zdjęcie wykonano podczas inscenizacji bitwy w 2012 r., pod Borodino.

     W bitwie pod Borodino siły były wyrównane. Każda ze stron miała po około 130 tys. żołnierzy. Napoleon Bonaparte nie zabłysnął w niej tak, jak w wielu bitwach stoczonych dotąd. Co prawda kosztem około 30 tys. zabitych i rannych wygrał ją, ale Rosjanie mimo ciężkich strat wycofali się w sposób uporządkowany. Nie stracili woli walki. Porzucili Moskwę na pastwę zwycięzcy, ale nie myśleli o zawieraniu z cesarzem Francuzów żadnej ugody. Było to więc pyrrusowe zwycięstwo, które co prawda otworzyło przed Wielką Armią bramy miasta, lecz nic ponadto. Po trwającym nieco ponad miesiąc pobycie, wojsko Napoleona, wraz z nim samym, na zawsze opuściło Moskwę. Rozpoczął się odwrót, który oznaczał ostateczną zagładę Wielkiej Armii.

     Stanisław Żołkiewski, podobnie jak Napoleon Bonaparte, również po około miesiącu opuścił Moskwę. Pozostawił w niej jednak garnizon, który był znakomicie zaopatrzony w żywność i który był tolerowany przez mieszczan:

„[Opuszczając Moskwę] Przestrzegać pan hetman z pilnością rozkazał, żeby nasi zaczepek z Moskwą nie czynili. Sędzie tak z naszych, jako i z Moskwy postanowił, którzy wszelakie diferencje [poróżnienia między garnizonem a mieszczanami] rozsądzali. Quietissime [bardzo spokojnie] żyli tak, iż i bojarowie, i pospólstwo, którzy wiadomi będąc narodu naszego swawoleństwa, dziwowali się i chwalili, że tak spokojnie bez wszelakiej krzywdy, nic nikomu nie czyniąc, żyliśmy. Rozpisały się z bojary, na to deputowanymi, włości na wszystko wojsko, skąd kto miał żywności dosięgać. Owo w dobrym porządku i w dobrym wczasie mieszkaliśmy tam. Ni na czym nie schodziło [niczego nie brakowało] i żywności, i wszystkiego, czego potrzeba, po cenieśmy dostawali [kupowaliśmy za odpowiednią cenę], gdyż gościńce od Wołohdy, od Jarosławia i z inąd pootwieraliśmy. Od Kołomnej ku górze rzeką Moskwą statki ze zbożem i różnymi potrzebami przypłynęły.”[14]

Pozostawił silną propolską fakcję bojarów i znaczą część państwa moskiewskiego, która uznała władzę cara Władysława Wazy.

     Polski garnizon stał na moskiewskim Kremlu przez ponad dwa lata. To, że go w końcu stamtąd usunięto, nie jest winą Żółkiewskiego. Ten, po powrocie z Moskwy, pozostawił sprawy i tego miasta, i wojny w rękach innych. Sam zrobił więcej niż ktokolwiek mógł oczekiwać w momencie rozpoczęcia jego wyprawy.

Dr Radosław Sikora

 

Tematy powiązane:

„21 września – początek polskiej inwazji na państwo moskiewskie”

„Kłuszyn 4 VII 1610”

„Jak Polacy Moskwę spalili”

„Bitwa pod Moskwą 31 III 1611”

 

_________________________________________________

Przypisy:

 

[1] Martin van Creveld, Żywiąc wojnę. Logistyka od Wallensteina do Pattona. s. 87–88. Warszawa 2013.

[2] Radosław Sikora, Husaria pod Wiedniem 1683. s. 98. Warszawa 2012.

[3] Radosław Sikora, Zapomniana armia.

[4] Wspomnienia jenerała Klemensa Kołaczkowskiego. Księga I od roku 1793 do 1813. s. 81. Kraków 1898.

[5] Samuel Maskiewicz, Dyjariusz Samuela Maskiewicza. W: Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610-1612. Opr. Marek Kubala, Tomasz Ściężor. s. 155. Kryspinów 1995.

[6] Pamiętniki Michała Jackowskiego. W: Pamiętniki polskie. Opr. Xawery Bronikowski. t. 1, s. 135–136. Paryż 1844.

[7] Wszelkie szczegóły dotyczące wyprawy Żółkiewskiego, w szczególności bitwy pod Kłuszynem za: Radosław Sikora, Kłuszyn 1610. Rozważania o bitwie. Warszawa 2010.

[8] Potwierdzeniem tak dobrej kondycji polskiej armii są stany liczebne pułku piechoty Jana Weihera (vel Wejhera). Wojciech Polak ustalił, że w chwili przekroczenia granicy, czyli 21 września 1609 roku, pułk miał 1127 żołnierzy. W okresie od 21 czerwca do 21 lipca 1610 roku było w nim 840 żołnierzy, czyli zmniejszył się zaledwie o 25% (Wojciech Polak, Udział żołnierzy z Prus Królewskich w kampaniach moskiewskich w latach 1609–1612. W: Prusy Książęce i Prusy Królewskie w XVI–XVIII wieku. Pod red. Jacka Wijaczki. s. 157. Kielce 1997).

[9] Były to pułki: hetmański, Mikołaja Strusia, Aleksandra Zborowskiego, Marcina Kazanowskiego, Ludwika Wejhera (inaczej Samuela Dunikowskiego), Aleksandra Gosiewskiego oraz 2500 żołnierzy (tzw. Niemców), którzy po bitwie pod Kłuszynem przyłączyli się do wojsk hetmana. Wkrótce z tych ostatnich, po selekcji, pozostawiono w służbie zaledwie 800 (Stanisław Żółkiewski, Początek i progres wojny moskiewskiej. Opr. Andrzej Borowski. s. 97. Kraków 1998), co zmniejszyło garnizon miasta do około 5800 żołnierzy (Konrad Bussow, Московская хроника. 1584 – 1613. Opr. Смирнов И. И. s. 310. Moskwa – Leningrad 1961). Pod koniec października Żółkiewski opuścił Moskwę, wyprowadzają z niej pułk Strusia (Żółkiewski, Początek, s. 100; Mikołaj Ścibor Marchocki, Historia moskiewskiej wojny prawdziwa. W: Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu polskiego w Moskwie w latach 1610-1612. Opr. Marek Kubala, Tomasz Ściężor. s. 82. Kryspinów 1995). W mieście pozostało wówczas 4400 żołnierzy (Tak zwany Pamiętnik Jakuba Sobieskiego. Dymitriada i wyprawa królewicza Władysława do Moskwy w latach 1617 – 1618. W: Jakub Sobieski, Diariusz ekspedycyjej moskiewskiej dwuletniej królewicza Władysława 1617 – 1618. Opr. Janusz Byliński, Włodzimierz Kaczorowski. s. 137. Opole 2010).

[10] Żółkiewski, Początek, s. 90. Z gorszej jakości ludem Moskwa miała „do trzydzieści tysięcy wojska” (Tamże, s. 91).

[11] Wyjaśnić trzeba, że w Rzeczypospolitej oficjalnie nie uznawano tytułu cara, którym już od 1547 r. konsekwentnie posługiwali się władcy państwa moskiewskiego.

[12] W Rzeczypospolitej nie uznawano również tytułu królewskiego Karola. Dla Polaków i Litwinów, legalnym królem Szwecji był Zygmunt III Waza.

[13] Marchocki, Historia, s. 78. To bardzo ważny szczegół, który błędnie przedstawia się w opracowaniach. Pułk Gosiewskiego, z nim samym, przybył do hetmana dopiero po bitwie pod Kłuszynem, a nie przed nią.

[14] Żółkiewski, Początek, s. 96.


Wesprzyj portal:

  • Poleć
  • Nie lubię tego!
  • Zgłoś nadużycie
  • Skomentuj
poczekaj cierpliwie...
Dotychczas opublikował:
Artykuły: 12804
Filmy: 7
Galeria: 111

Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog
Ecoeconomy blog

Wesprzyj portal:



Rejestracja

Do logowania
Użytkownik (*):
E-mail (*):
Hasło (*):
Ponownie (*):
 
O sobie
Rok urodzenia:
Miejsce zamieszkania:
Telefon:
O sobie:
Moje komunikatory
Gadu-Gadu:
GoogleTalk:
Skype:

Zaloguj się do serwisu


| Zapomniałem hasła

Witaj Gościu! Zarejestruj | Zaloguj