Strona www.kresy.pl wykorzystuje pliki cookies (po polsku ciasteczka)

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystanie przez nas plików cookies w celu zapewnienia Ci wygody podczas przeglądania naszego serwisu. Dowiedz sie więcej na temat cookies oraz w jaki sposób z nich korzystamy. Polityka cookie.

Władysław Czermiński ps. "Jastrząb", porucznik, dowódca 2 Batalionu 50 Pułku Piechoty 27 Wołyńskiej Dywizjii Piechoty Armii Krajowej.
Dział Historia wspiera:

Bronka u Jastrzębia

Dodane przez Lipinski
Opublikowano: Środa, 03 kwietnia 2013 o godz. 21:09:45

 

- Była to duża zasobna wieś zamieszkana w znacznej mierze przez Czechów, bardzo dobrych i zamożnych gospodarzy. Dali oni znać „Jastrzębiowi”, że w ich wsi banderowcy urządzili sobie bazę, z której szykują się do ataku na polskie wsie. Cała okolica bała się ich strasznie. Wymordowali oni wcześniej rodziny polskie w Czerniejowie, Nowym Dworze oraz Nyrach. Czesi obawiali się, że którejś nocy Ukraińcy nie mając nikogo pod ręką wyrżną także ich „Jastrząb” nie wahał się ani chwili.


Czy podoba Ci się ten materiał?

Opodatkuj się!
W miesiącu październik otrzymaliśmy od Was 3 854,00 zł, potrzebujemy zaś na dalsze funkcjonowanie 20 000,00 zł.
Zebraliśmy więc tylko 19,27% wymaganych pieniędzy na nasze dalsze funkcjonowanie.

            - Gdy wkroczyli na Wołyń Niemcy, zaczęli wprowadzać swoje porządki - wspomina Joanna Zamościńska-Kucałowa. – Utworzyli ukraińska policję, na której oparli swoją władzę w terenie. Zaczęły się kontyngenty i wywózki na roboty do Niemiec. Trzeba było kombinować zaświadczenia, z których wynikało, że ma się mniej lat niż powinna mieć osoba, kwalifikująca się na wywózkę. Niektórzy załatwiali sobie też papiery, z których wynikało, że są niezbędni w gospodarstwie, bo bez ich rąk nie będą one w stanie oddać kontyngentu. Każdy kombinował, jak mógł, byle tylko nie jechać do Rzeszy. Ratunkiem przed wyjazdem do niej było też znalezienie jakiegoś zatrudnienia. Rok 1942 jakoś w Zasmykach nam minął. Owszem, słyszało się jakieś pogróżki, że Ukraińcy chcą zrobić z nami porządek, ale nikt jakoś nie brał tego poważnie. W 1943 r. nikt już nie miał złudzeń co do intencji Ukraińców. W połowie kwietnia zamordowany został Leon Sakowicz. Mieszkał on w kolonii Janówka.
 

Pierwsze ofiary bandytów

- Zaznaczyć tu może trzeba, że Zasmyki były otoczone przez kilka kolonii: Janówkę, Radomlę i Gruszówkę. Te trzy kolonie miały charakter polski, Turkowicze były mieszane, a Stanisławówka i Stefanówka także polski. Leon i Staszek Sakowiczowie pojechali do Świniarzyna, by kupić zboże.  Gdy je nabyli, wracali do Janówki. W lesie zostali zatrzymani przez Ukraińców. Kazali im zejść z wozu i poprowadzili w las. Bracia od razu zorientowali się, że chcą ich zabić. Bandyci mieli bowiem w rękach karabiny. Staszek jako młodszy, skoczył w bok i zaczął uciekać. Ukraińcy zaczęli za nim strzelać i gonić, ale ten miał młode nogi i zdołał im uciec. W pewnym momencie upadł. Skrył się w jakichś zaroślach i Ukraińcy jakimś cudem go nie znaleźli. Chodzili, szukali, bo nie chcieli mieć żadnych świadków, ale nie znaleźli. Całą złość wyładowali na Leonie. Jak Staszek zobaczył, że Ukraińcy się oddalili, to zerwał się na równe nogi i pobiegł do Janówki, gdzie powiedział, co się stało. Krewni razem ze Staszkiem pojechali na drugi dzień i znaleźli ciało Leona przykryte gałęziami. To była pierwsza osoba zamordowana przez Ukraińców w naszej okolicy. Później w podobny sposób zamordowani zostali dwaj Mariańscy - Stanisław i Bolesław. Wyjechali i wszelki ślad po nich zaginął. Szukać ich pojechała matka Aleksandra i ojczym Piotr Majewski i też nigdy nie wrócili. Dopiero po kilku miesiącach znaleziono ich rozkładające się zwłoki na skraju lasku lityńskiego. Leżeli razem z Polakami, pomordowanymi w lipcu, którzy szli na odpust do Zasmyk. Kilka dni później doszło do słynnego mordu w Radowiczach. Wtedy to Ukraińcy w przebraniu Niemców uprowadzili kilku Polaków. Wcześniej przyszedł do Radowicz na przeszpiegi znajomy Ukrainiec, który chciał sprawdzić, czy we wsi nie ma uzbrojonych Polaków. Ukraińcy przyszli w mundurach niemieckich i zastukali do chałupy Leśniewskich. Marceli Leśniewski, widząc pod oknem niemieckich żandarmów, otworzył drzwi. Ci wtedy weszli do środka. Kazali ubierać się jemu i dwom dorosłym synom - Eugeniuszowi i Antoniemu. Zabrali ich i poszli. 

Leżą tam pobici

- Na drugi dzień córka Leśniewskich pojechała do Kowla, żeby dowiedzieć się, za co żandarmi aresztowali jej ojca i braci i co się z nimi stanie. Tam tłumaczem był rządca takiego mająteczku Tachaczyn. Na jej prośbę szybko ustalił, że Niemcy nikogo nie aresztowali w Radowiczach, ani też nie wysyłali tam żadnego oddziału. Kiedy wróciła, pod domem stali Ukraińcy, którzy mówili - waszych znaleźli, leżą tam i tam pobici. - Poszli i znaleźli ich. Twarze mieli zmasakrowane. Widać było, że jeden z nich próbował uciekać, ale go dopadli. Drugi miał piasek w ustach. Ich pogrzeb stał się wielką manifestacją. 10 lipca 1943 r. kilkunastoosobowa grupa młodzieży z Radowicz dowodzona przez ppor. Henryka Nadratowskiego „Znicza”, przeszła otwarcie z bronią do Zasmyk przez dwie ukraińskie wsie. Była to demonstracja, mająca pokazać Ukraińcom, że więcej Polacy bezkarnie mordować się nie dadzą. Tych kilkunastu chłopaków najpierw zatrzymało się u Szaderskich, a potem przyszli do nas. Dom Szaderskich znajdował się bowiem przy skrzyżowaniu dróg obok kościoła i był za bardzo na widoku. Nasz dom miał lepsze położenie i bardziej nadawał się na partyzancką kwaterę. 

Do Kowla po broń

- Gdy do Zasmyk przybył por. „Jastrząb”, czyli Władysław Czermiński, to też zamieszkał u nas i zaczął tworzyć oddział, do którego ściągała młodzież z całej okolicy. Później po jakichś dwóch miesiącach, w trakcie których odbywał ćwiczenia polowe, zaczął przenosić się do innych miejscowości. Krążył po prostu po całej okolicy. Ja też złożyłam przysięgę, otrzymałam pseudonim „Bronka”. Obydwie z Antoniną Leśniewską pseudonim „Wierna” , której ojca i braci zamordowali Ukraińcy, także łączniczką, jeździłyśmy do Kowla po broń, lekarstwa i inne zaopatrzenie, a także meldunki. Później, jak się zaczęła mobilizacja dywizji, przewoziliśmy z Kowla także ludzi. Jeździłyśmy z Tośką furą. Miałyśmy bardzo dużo szczęścia, bo nas nigdy Niemcy nie złapali. Z tym zaś różnie bywało. Raz jeden za nas pojechała instruktorka harcerska, przełożona pielęgniarek i od razu wpadła. Nie spodobała się wartownikom i od razu ją zatrzymali. Ja zaś, bywało, kilka razy dziennie przejeżdżałam przez most na Wólce, wożąc z Kowla do Zielonej. Tam mieliśmy punkty przerzutowe, czekały wozy, które odbierały z mojej fury ładunek, a ja znów wracałam do Kowla. Starałam się oczywiście zmienić swój wygląd, zakładając chustkę, czy inną bluzkę, żeby nie rzucać się w oczy żandarmom. Tośka też nigdy nie wpadła. Choć raz, jak jechała sama, to też przeżyła chwile grozy. Pod jakimiś pakami wiozła karabiny i zatrzymało ją dwóch Niemców, prosząc o podwiezienie. Nie mogła odmówić. Przysiedli się na wóz i wtedy jeden z karabinów zaczął się wysuwać. 

Przygody z żandarmami

- Na szczęście Tośka zdążyła go nakryć, bo inaczej byłoby źle. Mnie raz też zatrzymali, ale na szczęście w tym dniu pożyczyłam dokumenty od Gieni Pilchty, której ojciec za wiedzą konspiracji podpisał volkslistę. Nie byłam do niej za bardzo podobna, bo ona była blondynką, a ja brunetką, ale już samo jej pokazanie robiło na żandarmach wrażenie. Wtedy, gdy mnie zatrzymali, też ją pokazałam i to wystarczyło. Wtedy zresztą nie wiozłam na furze nic trefnego, tylko jakąś mąkę, kaszę i sól. Żandarmi początkowo chcieli zrzucać te worki na ziemię, ale jak zobaczyli kenkartę, to pozwolili mi dalej jechać. Pod koniec 1943 r. i na początku 1944 r. przerzucaliśmy z Kowla ludzi. Woziłam ich już do punktów, w których formowały się bataliony. Głównie do Peresieki i Suszybaby, a na końcu do Ossy. Przewoziłam też rannego „Sokoła”, który leczył się u państwa Moczulskich. Później do końca życia mi wypominał, że strasznie wytrząsł się wtedy na moim wozie. Oczywiście żartował, choć gdy mój wóz podskakiwał na grudach, to rana go na pewno bolała. Tłumaczyłam mu, że do wozu chłopskiego w tamtych czasach założenie resorów było niemożliwe. Raz wiozłam też kpt. „Hrubego” oficera, który zawsze wszystkich starał się rozweselić przy pomocy swoich śpiewów, czy dowcipów. O dom trochę zawadzałam, ale większego kontaktu nie miałam. Nie byłam świadkiem pacyfikacji Zasmyk, podczas której zginęła moja matka. Przebywałam wtedy w Suszybabie. Znam te wydarzenia z relacji innych żołnierzy. 

Śmierć matki

- Atak Niemców na Zasmyki zaczął się 19 stycznia 1944 r. Oddział niemiecki liczący około stu żołnierzy podszedł do Zasmyk od strony Kowla. Przywitała go ogniem placówka samoobrony „Znicza”. Niemcy się zatrzymywali nie spodziewając się takiego oporu. Ludność Zasmyk w popłochu zaczęła zaś uciekać do lasu lityńskiego. Na pomoc „Zniczowi” przybyły inne oddziały stacjonujących w okolicy, m.in. „Prawdzica” i „Burasa”, kwaterujące w Janówce i Stanisławówce. Niemcy ostatecznie się wycofali, ale część wsi spłonęła. Spalone zostało także nasze gospodarstwo. Wśród zabitych mieszkańców Zasmyk była też niestety moja mama Anna. Gdy w Ossie zaczęła się formować dywizja, początkowo razem z Tosią Leśniewską należałyśmy w dalszym ciągu do oddziału „Jastrzębia”. Razem z nim brałyśmy udział w wielu akcjach. Pamiętam m.in., wypad na Dażwę. 

Czechom na ratunek

- Była to duża zasobna wieś zamieszkana w znacznej mierze przez Czechów, bardzo dobrych i zamożnych gospodarzy. Dali oni znać „Jastrzębiowi”, że w ich wsi banderowcy urządzili sobie bazę, z której szykują się do ataku na polskie wsie. Cała okolica bała się ich strasznie. Wymordowali oni wcześniej rodziny polskie w Czerniejowie, Nowym Dworze oraz Nyrach. Czesi obawiali się, że którejś nocy Ukraińcy nie mając nikogo pod ręką wyrżną także ich „Jastrząb” nie wahał się ani chwili. Postanowił uderzyć na Ukraińców w biały dzień, uważając że nie ma chwili do stracenia. Banderowcy nie dali się w związku z tym zaskoczyć. Gdy ruszyliśmy tyralierą na wzgórze, na którym banderowcy urządzili swoją bazę, ci przywitali nas ogniem. Zalegliśmy w polu przygnieceń lawiną pocisków. Na szczęście banderowcy nie strzelali zbyt celnie. „Jastrząb” zastanawiał się co robić, bo sytuacja była trudna. Kontynuacja natarcia groziła dużymi stratami. Cofnięcie się oznaczało niepowodzenie akcji. I wtedy Tośka czyli „Wierna”, strzeliła kulą zapalającą w stertę słomy obok banderowskich pozycji. Zrobiła to wbrew rozkazowi. „Jastrząb” nie pozwalał bowiem używać takiej amunicji, by nie wywoływać niepotrzebnych strat. Jej decyzja okazała się zbawienna w skutkach. Dym z płonącej sterty przesłonił banderowskie pozycje. Ukraińcy nie wiedzieli gdzie strzelać. „Jastrząb” to wykorzystał. Natychmiast poderwał oddział do ataku. Ruszyliśmy z okrzykiem – „hurra”. Ukraińcy do nas nie strzelali. Gdy dobiegliśmy do ich pozycji, zobaczyliśmy tylko z daleka ich plecy. Uciekali jak zające. Nie oglądali się za siebie i ani myśleli się odstrzeliwać. Przeczesaliśmy jeszcze wszystkie zabudowania, ale nie znaleźliśmy żadnego Ukraińca. „Tośka” spodziewała się, że dostanie od „Jastrzębia” solidny opieprz, za użycie amunicji zapalającej, ale ten się tylko uśmiechnął. Poza jednym rannym nie mieliśmy strat. Zabraliśmy czeskie rodziny i ruszyliśmy w drogę powrotną. 

Ciężkie boje w Różynie

- W październiku oddział „Jastrzębia” został podzielony. Porucznik „Sokół” czyli Michał Fijałka z niewielkim oddziałem wyruszył do Różyna. Miał tam zorganizować placówkę i punkt przyjmujący zrzuty lotnicze. Inspektorat AK przewidując mobilizację i tworzenie dywizji rozszerzał zasięg działania podległych mu obszarów. Misja „Sokołowi” się niestety nie powiodła. Banderowcy przypuścili na jego oddział potężny atak. Pierwszy udało mu się odeprzeć. Drugi spowodował ciężkie straty. Oddział musiał się wycofać. Sam „Sokół” został poważnie ranny i „Tośka” furmanką odwiozła go do Kowla. Miał trafić do szpitala. Tu jednak został w domu u państwa Moczulskich. Ściągnięto do niego lekarza Edwarda Krotkiewskiego „Sfinksa” i siostrę Halinę Grochowską „Irys”. „Sokół” leczył się u Moczulskich trzy tygodnie. Gdy wydobrzał, ja jak wcześniej mówiłam, przywiozłam go do oddziału. „Jastrząb” toczył zaś nadal walki z Ukraińcami. Odbił m.in. z ich rąk Kupiczów. W tej dużej czeskiej i gospodarnej wsi na czas żniw Niemcy zainstalowali swój garnizon. Wykorzystując ukształtowanie terenu okopali się w nim budując linię bunkrów ziemnych, zasieków i stanowisk strzeleckich. „Jastrząb” wiedział, że jeżeli Ukraińcy zdążą przejąć Kupiczów, przejmując poniemieckie umocnienia, to przekształcą go w banderowską twierdzę, trudną do zdobycia. Mieszkający w Kupiczowie Czesi też obawiali się banderowskiego napadu. 

Akcja na Kupiczów

- W tej wsi Ukraińcy zamordowali wcześniej m.in. Włodzimierza Urbana, Sławkę Novotną, Józefa Zapotockiego, napadli też na rodzinę Vrlów. Jeden z Czechów, który przybył do „Jastrzębia” z prośbą o pomoc zadeklarował, że jeżeli Polacy obsadzą Kupiczów, to Czesi też włączą się w obronę swojego osiedla. „Jastrząb” na własną rękę podjął decyzję o wymarszu na Kupiczów. Ukraińcy już tam byli. Zaskoczeni o świcie, mimo że mieli dobre warunki do obrony szybko uciekli. Następnego dnia spróbowali jeszcze raz zająć wieś i znów dostali baty. Ich atak utwierdził „Jastrzębia”, że decyzja zajęcia Kupiczowa była jak najbardziej słuszna. „Jastrząb” pozostawił w Kupiczowie załogę i wrócił w pierwotne miejsce zakwaterowania oddziału. Później banderowcy jeszcze raz atakowali Kupiczów, ale też zostali odparci. Kupiczów stał się odtąd jedną z naszych baz, w której partyzanci mieli dobre warunki do wypoczynku. Gdy powstała dywizja, to w Kupiczowie kwaterował nawet jej sztab. Później umieszczono tam również szpital polowy. Jak utworzono dywizję i zaczęto formować bataliony, razem z Tośką dalej byliśmy w batalionie „Jastrzębia”. Zajmowaliśmy się obsługą magazynu. Ja wydawałam różne materiały a Tośka prowadziła dokumentacje.”  

W oddziale „Sokoła”

- Gdy batalion „Jastrzębia” został przesunięty na nowe pozycje to my rozkazem „Kowala” zostałyśmy przeniesione najpierw do jego sztabu a później do „Sokoła”. Dlaczego, nie wiem. Może „Jastrząb” coś do nas miał. Nie wiem. Nigdy nam tego nie powiedział a dziś już nie żyje i nie da się go już zapytać. Najprawdopodobniej decyzję o naszym przeniesieniu podjął „Kowal”. Chciał po prostu byśmy przeżyły. Wiedział, że Tośka straciła już ojca i dwóch braci a ja matkę.. U „Kowala” byłyśmy krótko. Batalion „Jastrzębia” jako jeden z najlepszych był zaś stale na pierwszej linii. Ostatecznie „Kowal” przydzielił nas do „Sokoła”. To też był znakomity dowódca. W ogóle chciałabym podkreślić, że jeżeli mam szacunek do mężczyzn, to jest to zasługa takich oficerów jak „Jastrząb” czy „Sokół”, a także ich podwładnych. To byli wspaniali chłopcy, którzy z ogromnym szacunkiem i kulturą odnosili się do nas dziewcząt. Nigdy z ich strony nie spotkało nas nic złego, czy choćby niestosownego. Byłyśmy zaś tylko we dwie a chłopaków cała gromada. 

Cdn

Marek A. Koprowski



  • Poleć
  • Nie lubię tego!
  • Zgłoś nadużycie
  • Skomentuj
poczekaj cierpliwie...
Baner 750px x 100px




Rejestracja

Do logowania
Użytkownik (*):
E-mail (*):
Hasło (*):
Ponownie (*):
 
O sobie
Rok urodzenia:
Miejsce zamieszkania:
Telefon:
O sobie:
Moje komunikatory
Gadu-Gadu:
GoogleTalk:
Skype:

Zaloguj się do serwisu


| Zapomniałem hasła

Witaj Gościu! Zarejestruj | Zaloguj