Krwawa Niedziela w Kisielinie
O "krwawej niedzieli" w Kisielinie, która miała miejsce 11 lipca 1943 r. dowiedziałem się następnego dnia, czyli 12 lipca, gdy na podwórku majątku w Zaturcach zobaczyłem uciekinierów na wozach z dobytkiem i pieszych z małymi tobołami, starych i młodych, zdrowych i rannych.
Z każdą chwilą ich przybywało. Zapełnili oni całe obejście i na pierwszy rzut oka oceniałem ten tłum uchodźców na od 300 do 500 osób. Jako zastępca dowódcy placówki samoobrony d.s. aprowizacyjnych i kierownik gospodarstwa przejętego przez Niemców zająłem się sprawami bytowymi uciekinierów. Najbardziej poszkodowanych, głównie rannych, umieszczaliśmy w gorzelni, w tym okresie nie pracującej, a posiadającej duże ilości pomieszczeń, a pomocy sanitarno-medycznej udzielali im pracownicy majątku.
Od świadków dowiedziałem się szczegółów tragedii, jaka zaszła w Kisielinie. Miałem do nich nawet trochę pretensji, że nie pchnęli jakiegoś gońca do Zaturzec, bo wtedy nasz oddział samoobrony szybko skoczyłby do Kisielina i przepędził napastników.
Dowodził nim Mieczysław Peretiatkowicz, pracujący jako księgowy. Był on przedwojennym podoficerem i dobrze wyszkolił oddział samoobrony. Był także uzbrojony, miał nawet kilka karabinów maszynowych. Broń kupowaliśmy od Niemców za spirytus. Gdy gorzelnia pracowała, do Łucka regularnie jeździł samochód, w którym pod siedzeniem pasażera leżała zamaskowana bańka ze spirytusem. Żadnej kontroli nie musieliśmy się obawiać, bo pasażerem, który siedział w szoferce był niemiecki zarządca majątku. Gdy on załatwiał swoje sprawy, kierowca będący naszym człowiekiem wymieniał spirytus na broń, która bezpiecznie była przywożona do Zaturzec. Broń kupowaliśmy także od niemieckich oddziałów, które jadąc na front lub z niego wracając zatrzymywali się w Zaturcach.
Ukraińcy wiedzieli o tym i dlatego nas nie atakowali. Specjalizowali się bowiem w bestialskim mordowaniu bezbronnych Polaków, zwłaszcza kobiet i dzieci. Uzbrojone oddziały samoobrony omijali z daleka. Dlatego też nigdy nie zaatakowali Zaturzec. A atakowali wsie wokół, ale nie nas.
W samym Kisielinie, jak mi opowiadali świadkowie, napad Ukraińców wyglądał tak. Gdy Polacy zebrali się na Mszy św. w kisielińskim kościele, Ukraińcy zaatakowali go i zaczęli strzelać do modlących się przez drzwi główne świątyni. Części Polaków udało się schronić na plebani, która była murowana i połączona przejściem z kościołem.
Wszystkich pozostałych Ukraińcy wymordowali. Kazali im się najpierw rozebrać do naga. Później rozstrzelali ich z karabinu maszynowego. Rannych dobijano przy pomocy różnych narzędzi. Ich zwłoki zawlekli następnie do rowu przy dworze i tam zakopano.
Ukraińcy za wszelką cenę chcieli zdobyć także plebanię. Polacy zabarykadowali się w niej chroniąc na piętrze. Ukraińcy usiłując dostać się na piętro, wyrąbali dziurę w drzwiach zawalonych meblami i usiłowali podpalić schody wiodące na piętro. Jednocześnie przy pomocy drabin usiłowali wedrzeć się na piętro. Polakom udało się jednak odpychać te drabiny. Bronili się też cegłami i kaflami z rozbieranych pieców oraz kawałkami mebli. Ukraińcy zaczęli wtedy strzelać z drzew. Ogień z dołu nie przynosił jednak efektów. Usiłowali też atakować plebanię granatami.
Mieszkańcy Kisielina trzymali się jednak mocno i po 11 godzinach Ukraińcy odstąpili. Polacy, którzy ocaleli ruszyli do swoich domostw, zabrali co który mógł i ruszyli do Zaturzec, alarmując po drodze okoliczne kolonie i wioski.
Po kilku tygodniach nasz oddział samoobrony postanowił wyruszyć do Kisielina, żeby dokonać czegoś w rodzaju wizji lokalnej, przekonując się na własne oczy jak naprawdę wyglądały wypadki w Kisielinie. Wyjechaliśmy na dwóch furmankach dobrze uzbrojeni. Jechaliśmy przez las zaturzecki, który łączył się z kisielińskim. Po kilku godzinach zbliżyliśmy się do Kisielina. Ukraińcy pracujący na polach na nasz widok w popłochu uciekali. Myśleli pewnie, że jedziemy dokonać zemsty za mord dokonany na Polakach.
Wjechaliśmy do zupełnie pustego Kisielina. Przejechaliśmy przez całe miasteczko wyglądające na wymarłe, bo kościół znajdował się po jego drugiej stronie. Dopiero po pewnym czasie podeszło do nas kilku Ukraińców i pokazało, gdzie jest grób ofiar. Od mogiły rozchodził się odór rozkładających się ciał. Były przysypane cienką warstwą piasku. Żadnej ekshumacji nie przeprowadzaliśmy, nie mieliśmy na to czasu. Weszliśmy też do kościoła. Cała jego podłoga była zawalona ubraniami ofiar. Wszędzie walały się jakieś płaszcze, spodnie, jakaś bielizna. Wszystkie sprzęty kościelne m.in. lichtarze były zrabowane.
Wiedziałem, że w ołtarzu powinny być relikwie. Zabrałem je, by później przekazać proboszczowi w Zaturcach. Obejrzeliśmy też zniszczoną plebanię i pojechaliśmy do domu. Baliśmy się, że Ukraińcy jak się dowiedzą, że część oddziału samoobrony opuściła Zaturce, będą chcieli je zaatakować.
Ukraińcy bowiem nie próżnowali. Zaatakowali po Kisielinie drugą wieś, Wólkę Sadowską, leżącą na południe od Zaturzec, od strony Horochowa. Części jej mieszkańców udało się uciec z rzezi i schronić w naszej parafii w Zaturcach. Był tam, działający w oparciu o murowany kościół i murowana plebanię, pododdział naszej samoobrony.
Dla mnie jako osoby zarządzającej majątkiem był to bardzo trudny okres. Był to czas żniw, trzeba było godzić zbieranie zboża z pól z pomocą dla uciekinierów, którym też trzeba było dać jeść i znaleźć zajęcie. Część z nich przenosiła się do większych ośrodków jak Łuck, Włodzimierz czy Torczyn.
Ci, co pozostali zasilili szeregi samoobrony. Przy ich pomocy zaczęliśmy budować w Zaturcach umocnienia, by odeprzeć atak Ukraińców. Powstały schrony i okopy.
Ukraińcy nie odważyli się jednak zaatakować Zaturzec. Uderzyli na pobliską kolonię Lipniki, ale gdy nasz oddział przybył im na pomoc, to natychmiast uciekli. Jak już wcześniej nadmieniłem, nie grzeszyli oni nadmiarem odwagi w starciach z uzbrojonym przeciwnikiem.
Spisał: Marek A. Koprowski




















